Showing posts with label obyczaje. Show all posts
Showing posts with label obyczaje. Show all posts

Saturday, 6 October 2012

Papierologia w PL vs Oz

Sie mi dzis przypomnialo. Jak Aussie podchodza do pewnych spraw, to sie nie miesci w polskich przecietnych glowach.

Kilka razy zmienialem prace w Australii. Nigdy sie nie zdarzylo, zebym musial podpisywac jakies kwity na komputer czy inne wyposazenie, ktore bylo moim narzedziem pracy. Moze trafiam na takie firmy, nie wiem.

A najlepiej wygladalo przekazanie samochodow sluzbowych: za pierwszym razem kluczyki wreczyla mi Angelica z HR: 'Masz kluczyki, tu jest samochod, szerokiej drogi.' Troszke zbaranialem, ale nic, przyjela mnie do pracy, to sie z nia nie dyskutuje.

Drugim razem odbieralem wozek od zewnetrznego dostawcy. Przywiozl nowke subaru forester pod biurowiec, zadzwonil na komorke, zszedlem na dol. Za ten czas sciagnal bryczke z lawety i ta sama spiewka: 'Tu masz kluczyki, niech sie dobrze jezdzi'. 'A cos mam podpisac?' - niesmialo zapytalem. 'Naah, our admin people will get it right. Cheers'. I tyle go widzieli.

Jak ktos ci ufa, to mile, nie?




Saturday, 13 August 2011

Rynek pracy w Polsce i w Australii


Lubię sobie porównywać.

Znajoma podesłała mi maila, jaki dostała z okazji urodzin od portalu pracuj.pl. Znajoma twierdzi, że idealnie oddaje realia rynku pracy w PL-u w chwili obecnej.

Od siebie dodam, iż odpowiedzialnego za ten 'motywujący' slogan to ja bym wyrzucił z pracy na zbity pysk.

A z australijskiego rynku pracy: bezrobocie w lipcu 2011 skoczyło do poziomu 5.1% (z 4.9%) i RBA (odpowiednik NBP) zastanawia się, czy nie obciąć stóp procentowych, albo przynajmniej zrezygnować z przewidywanych podwyżek, aby pobudzić gospodarkę do tworzenia nowych miejsc pracy.

W PL-u: minister pracy Fedak wypowiada się w mediach: 'Sytuacja na rynku pracy jest w miarę stabilna, nie jest dramatyczna. [Ministerstwo] szacuje, że stopa bezrobocia na koniec lipca spadła do 11.7 proc.'

Znajoma mówi, że obecna propaganda w PL-u przewyższa tę za Gierka.

Saturday, 19 February 2011

Wyalienowanie niepełnosprawnych w Australii


Znowu porównujemy Australię z PL-em.

Zjawisko wykluczenia osób niepełnosprawnych w Australii jest DUŻO, DUŻO rzadsze niż w PL. Właściwie należałoby powiedzieć że to w PL-u jest ono codziennością, niestety. W PL-u nie ma ludzi niepełnosprawnych. Przynajmniej się ich rzadko widuje. Powód? Bo z reguły siedzą w domach i czekają na śmierć. No bo po co mają wychodzić? Za wózek inwalidzki trzeba słono zapłacić, a jak się go już ma, to trzeba być akrobatą, aby wjeżdżać na polskie krawężniki, bez łagodnych zjazdów dla wózków przy przejściach dla pieszych. W Australii KAŻDE przejście dla pieszych ma łagodny zjazd - wiem coś o tym, bo się dość najeździłem z wózkiem dziecięcym w Melbourne, Sydney, Adelajdzie i Brisbane.

Na każdym koncercie jest sekcja dla wózków inwalidzkich w najlepszym miejscu przed sceną (gwoli ścisłości doniesiono mi, że w PL-u też się to spotyka coraz częściej).

Bardzo częstym widokiem są ludzie niewidomi prowadzeni przez labradory. Ta rasa psów trenowana jest przez Guide Dogs Australia - towarzystwo pomocy osobom niewidomym i niedowidzącym. W każdym supermarkecie jest skarbonka w kształcie psa, do której zbierane są fundusze na zakup i szkolenie labradorów.

Ta dziewczyna na zdjęciu towarzyszyła mi kilka razy w tygodniu w czasie porannego spaceru ze stacji kolejki do mojego biurowca na Eagle Street. Pracowała kilka pięter wyżej, nie wiem, co robiła, była całkowicie niewidoma (wiem, bo parę razy przyglądałem się ukradkiem, ale uważnie) i w pełni aktywna zawodowo. Na twarzy miała najczęściej pogodny wyraz albo uśmiech. Rano przyjeżdzała tym samym pociągiem co ja, widywałem ją w czasie lunchów w pobliskich restauracjach, oczywiście z psem, o 5 wracała do domu.

Zawsze gdy ją widziałem, nie mogłem wyjść z podziwu, że w Australii się da. To nie odosobniony przypadek, takich ludzi widzi się mnóstwo na każdym kroku. A w PL-u? A tak, słyszałem że koleżanka koleżanki opowiadała, jak jej chłopak w grupie na studiach podobno miał kogoś niewidomego lub niedowidzącego.

W Australii ludzie upośledzeni żyją w miarę normalnie. W PL-u - sami wiecie, jak jest. Żal.

Thursday, 4 November 2010

Polska nierówna Australii cz. 2. (Uczciwość)

Jak pewnie wiecie, jakiś czas temu Google wprowadziło mechanizm podpowiadania najczęściej szukanych haseł w swoim search engine. Wystarczy wpisać kilka początkowych liter i pojawia się najbardziej poszukiwane słowo lub fraza, która tak właśnie się zaczyna.

Oczywiście wiecie też, że w zależnosci od kraju Google podpowiada swój search engine dla danego obszaru i języka, w Australii jest to google.com.au po angielsku, w PL-u - google.pl po polsku.

Zacznijmy od Google Australia. Po wpisaniu 'how much do i need to spend on...' ('ile muszę wydać na...' albo inaczej 'za ile można kupić...') pojawiają się podpowiedzi: 

a) engagement ring (pierścionek zaręczynowy),

b) food (żywność).

W Google Polska po wstukaniu 'za ile mozna kupic...' pojawiają się dokończenia:

a) maturę,

b) prawo jazdy.

Dodam jeszcze trywialny i często cytowany przykład na różnice (zaczynające się w szkole, żeby nie powiedzieć w kolebce), w podejściu do uczciwości w tych dwóch strefach językowych: w angielskim nie ma słowa 'sciągać' (w sensie 'odpisywać na egzaminie'). Jest tylko 'to cheat' (oszukiwać).

Ci, którzy znajdujecie się w PL-u: radzę zapłakać. Ci, którzy googlacie z innych miejsc na świecie, wiecie co robić.




Sunday, 8 August 2010

Powrót do korzeni



Dawno nie było o butach. No to teraz o najpopularniejszym obuwiu w Australii. Gumowe klapki. W miejscowym narzeczu: thongs (nie mylić z majtkami, co to się wrzynają).


Podstawowe całoroczne obuwie 90% Australijczyków, szczególnie na północ od Sydney. Noszą je wszyscy (mężczyźni, kobiety, dzieci, nastolatki) i to dosłownie wszędzie. Dziewczyny w moim biurze jak miały czas, to je zmieniały na jakieś normalne buty. Ale czasem cały dzień siedziały za biurkiem w klapkach, albo na bosaka – normalka!


Podstawową zaletą klapków jest cena. Waha się od 2-3 dolarów na wyprzedaży w K-mart (to taka większa Biedronka) do około 15-20 dolarów w bardziej ekskluzywnych sklepach, jak David Jones lub Myer (równowartość 2 piw w pubie w City). Wtedy z reguły klapki mają różne napisy, takie jak ‘Aussie Rulez’ albo ‘Billabong’. A w chińskich sklepach napis na klapkach głosi ‘Versace’ albo ‘Dolce&Gabbana’ i obuwie też jest za grosze.


Aha, no i są przewiewne – grzybica się Ozich raczej nie ima (raczej, bo o wyjątkach już pisałem tutaj). Zima, przynajmniej w Brisbane, nie sprawia żadnej różnicy – klapki są całoroczne!!!


Jedyne co mi nie pozwala nosić klapków, to niemiłe uczucie czegoś pomiędzy palcami. Dlatego noszę zwykle takie skórzane klapko-sandały bez paska na piętę i bez przedziałki pomiędzy największym palcem i sąsiednim. No ale to już mercedes wśród klapków – kosztują od około 50 dolców wzwyż. Takie klapki noszą tylko bardzo bogaci Australijczycy lub emigranci z Europy. Choć pewnie i tak wychodzi na jedno, bo na dłuższą metę trwałość klapko-sandałów ze skóry znacznie przewyższa trwałość tych gumowych.

Powiedz mi jakie nosisz klapki, a powiem ci kim jesteś!

Sunday, 6 June 2010

Najlepsze zawody w Polsce

Ostatnio wbiłem do google.pl haslo 'najlepiej platne branze w polsce' i na szóstym miejscu otrzymałem link do artykułu z wp.pl:

Komu i gdzie żyje się w Polsce najlepiej? - Strona 6 - Praca - WP.PL

11 Mar 2010 ... szanse na dostanie pracy w dobrze płatnych branżach mają głównie absolwenci ... Okazuje się, bowiem, że do branż, które najchętniej zatrudniały w 2009 roku ... W POLSCE NAJLEPIEJ ŻYJA KSIĘŻA, POLITYCY I ZŁODZIEJE ! ...
praca.wp.pl/kat,1013819,title,Komu-i-gdzie-zyje-sie-w-Polsce-najlepiej,wid,12064404,wiadomosc.html?... -
Kopia


Nic tylko wszyscy powinni walić do macierzy jak w dym, z zamiarem zostania księdzem, politykiem lub złodziejem. Fakt, kilka lat temu od gościa, który właśnie nie wygrał wyborów (już nie pamiętam na jakim szczeblu) usłyszałem: 'No, teraz mi się nie udało, ale jak się tam dostanę za 4 lata, to się k@*#a odkuję!'

Monday, 24 May 2010

Welcome to Asia


Teraz nieco o sąsiedztwie Australii.

Jeśli wybieracie się do Azji, a jesteście wrażliwi brud, smród i ubóstwo, to odradzam.

To zdjęcie zrobione w jednym z lepszych centrów handlowych w Kuala Lumpur. Myślę, że ktoś wrażliwy na punkcie czystości nie byłby tam szczęsliwy. Kawałek plastiku, który trzymam w ręce ma wielkość karty kredytowej.

Od klasy hotelu należy odjąć jedną gwiazdkę, tzn. 5 gwiazdek tam = 4 gwiazdki w Europie.

Wszędzie napotkać można olbrzymie kontrasty: w odrapanej uliczce - tak straszliwy odór, że nie wiadomo, co tak bardzo może śmierdzieć. Wychodzisz za róg i w centrum handlowym na wystawie widzisz rząd dziesięciu zegarków na rękę w cenie od 50 tys. do ponad 100 tys. ringittów (1 ringitt = 1 PLN). Pewnie jakieś ręczne wyroby szwajcarskie (tak myślę, bo nie rozpoznałem żadnej marki, no ale fakt - nigdy nie interesowałem się zegarkami na rękę w cenach nieprzyzwoitych, bo uważam to za marnowanie kasy). No i ktoś to chyba kupuje, inaczej nie byłoby na wystawie 10 zegarków.

Jeśli chodzi o inne rzeczy, to wcale nie jest tak tanio, jakby się mogło zdawać. Trzeba się rozglądnąć, aby coś kupić dobrze. Mój Dell kosztował ociupinę więcej niż w Australii. W głównych centrach handlowych w Kuala Lumpur ceny są wyższe niż Down Under. Trzeba się rozglądnąć, żeby kupić ciuch taniej, np. na wyprzedaży. My nastawiliśmy się na wypełnienie pustawych walizek, i się nie udało.

Taksówkarze to osobna historia, W zasadzie nie jest drogo przenosić się tym sposobem z miejsca na miejsce, ale trzeba uważać, bo za dokładnie taki sam kurs na odległość około 10 km można zapłacić 7 albo... 30 ringittów, zależy od kierowcy. I w naciąganiu turystów celują Hindusi (w zasadzie należy założyć, że zawsze chcą cię niemiłosiernie orżnąć), Malaje - zależy, najuczciwsi są Chińczycy, przynajmniej ci, których my spotkaliśmy.

Wszędzie niemiłosierny tłok, ludzie depczą po tobie i sobie nawzajem, im to jakoś nie przeszkadza, ale widocznie są przyzwyczajeni.

Ale mogę powiedzieć, że warto to zobaczyć, o ile ktoś nie ma zbyt wrażliwego żołądka.

Saturday, 15 May 2010

Zapraszamy uprzejmię - part 2


Hellou, witojcie piknie po przerwie.

Znowu nie mogę się powstrzymać od opowiastki o polskich kasjerkach z Tesco. Historia z błędną ceną i niewydawaniem 3 groszy tutaj, a teraz opowiastka pt. 'Jak zmieszać klienta z błotem'.

Stoję w kolejce do kasy, w której płaci się za mocne trunki. Jeśli nie wiecie, to w Tesco w tej kasie zwykle można też zapłacić za resztę zakupów, o ile to nie jest coś, co trzeba zważyć. Zwykle. Ale nie tym razem, bo pani miała chyba słaby dzień, może ja komar ugryzł, albo co.

Jestem trzeci. Gość przy kasie podjechał właśnie wózkiem, wyłożył butelkę wódki i zaczyna wykładać resztę towaru.

- Panie, co mi tu pan wykłada, ja tu kasuję tylko wódkę!

- Ale...

- Żadne ale, inne rzeczy niech se pan skasuje na głównej kasie, tu są alkohole.

Ja gryzę wargi ze śmiechu, pani kasjerka marszy brwi, a gość potulnie pakuje wszystko z powrotem, płaci za wódkę i oddala się, aby postać sobie drugi raz w kolejce do głównej kasy. Za nim następny pacjent, widząc bojowy nastrój pani na kasie, pyta nieśmiało:

- Proszę pani, ja mam tylko dwie wody oprócz wódki, czy skasuje mi je pani?

Pani (niechętnie):

- No dobra, dawaj pan, dwie wody to mogę skasować.

Ja się już prawie krztuszę, co by nie parsknąć smiechem, a tu jeszcze słyszę, jak para stojąca za mną krytycznie ocenia swoją sytuację:

- Ty, my chyba mamy za dużo w koszyku... - mówi żona do męża.

Sytuacja tak mnie rozbawiła, że nie upomniałem się tym razem o wydanie jednego grosza, którego naturalnie nie dostałem. Zresztą, jeślibym się upomniał, to ryzykowałbym chyba, że zaliczę jaką butelką w łeb, albo co najmniej mokrą ścierą.

Ale odbiłem sobie tego grosza za chwilę na głównej kasie - powiedziałem, że pani na alkoholach mi go właśnie nie wydała.

Tuesday, 23 March 2010

Jak się pracuje w Australii


Ogłoszenie nt. spotkania BHP, obowiązkowego dla wszystkich pracowników w mojej firmie (moje wtrącenia do ogłoszenia pisane są kursywą. Uwaga: jak ktoś nie wie, co to jest kursywa, to proszę się dokształcić albo przestać czytać tego bloga, howgh):

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

We wtorek 23 marca o 10:30 odbędzie się spotkanie z firmą Laughter Works (mój przekład nazwy firmy: Praca Śmiechu Warta) w celu zachęcenia pracowników do śmiechu w czasie pracy, co dodatnio wpływa na zysk firmy i na twoją karierę.


Śmiech jest spoiwem poszczególnych działów firmy w całym tego słowa znaczeniu (cholera, ale to brzmi sztywno, po angielsku - znacznie bardziej sympatycznie). Nic nie buduje lepiej zaufania i nic lepiej nie łączy ludzi niż śmiech. Dlatego: jeżeli myślisz, że biuro nie jest miejscem, w którym możesz się śmiać - pomyśl jeszcze raz i przyjdź na spotkanie. Poczucie humoru niewymagane.

<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

Australia, Polska. Dwa słowa, dwa światy.

Tuesday, 2 February 2010

Czym zajmuja się bankierzy w Australii


Dziś, jak co miesiąc, w Australii nastąpiło doniosłe wydarzenie - Reserve Bank of Australia (to taki tutejszy NBP) ogłosił decyzję w sprawie stóp procentowych. W dniu dzisiejszym ich nie podniósł.

Była to niejaka niespodzianka, bo większość zakładów postawiono na wzrost (nota bene tutaj się zakładają o każde wydarzenie, o które się można założyć - chodzi mi o bukmacherów i zakłady na pieniądze). Wielu Australijczykom sprawiło to wielką ulgę, ponieważ są tak zakredytowani po uszy, szczególnie na niebotycznie drogie domy (właściwie powinienem napisać 'budy dla psa', a nie domy), że każdy dodatkowy wydatek rzędu $50 miesięcznie może ich pogrążyć.

No to o 1:30 po południu wielu śledziło wiadomości na żywo, a w nich wywiad z ekspertem z Macquarie Bank - gwiazdy australijskiej finansjery (mam na myśli bank, a nie eksperta). Oto co zobaczyli.



A potem się ludziska dziwią, że są kryzysy finansowe na świecie, a 99.99% rad 'ekspertów' można o kant dupy potłuc.

Monday, 4 January 2010

Zapraszamy uprzejmię...

Miało być o kasjerkach.

Idę w Tesco kupić tylko wodę mineralną. Promocja. Woda dobrawa, dobra zresztą, po PLN 1.19. No to kupuję trzy. Podchodzę do kasy z wyliczonym 3.60. Podaję kasjerce.

- Panie, panie, co mi tu pan daje!

I zwraca mi 2 dinary serbskie, które łudząco przypominają złotówke. Cholera, po podróży do Serbii się zaplątała w portfelu. Głupio mi.

- Przepraszam, już daję złotówkę.

I podaję.

- Panie, to kosztuje pięć złotych siedem groszy.

Skołowany daję jej 5 zeta i mówię:

- Ale jak to, woda jest po 1.19 - pytam grzecznie.

- Ja nie wiem, po ile jest woda, mówię co mi kasa pokazuje.

Na pewno była po 1.19, myślę. Dałem jej te piątkę, ale 3.60 zabrałem, bo ciągle myślałem o tej cenie 1.19.

- Panie, jeszcze 7 groszy! - mówi natarczywy głos.

No to się wkurzyłem z deka. Daję jej 10 groszy. Pakuję wody do reklamówki. Pani podaje paragon i nie kwapi się z wydaniem reszty. No to moja kolej na upierdliwość.

- Proszę mi wydać 3 grosze.

- Już, już panu wydaję - natarczywy głos.

Wydaje mi 2 grosze i oznajmia:

- Więcej nie mam.

- Nie, ja chcę moje 3 grosze! - Upieram się.

- No to ma pan pięć! - Jakby mogła, to by mi je w twarz rzuciła.

- Dziękuję!

Biorę paragon i idę z powrotem sprawdzić, woda jest po 1.19. Wracam do kasy i mówię:

- Woda jest po 1.19, proszę mi oddać moje 1.50!

- Niech se pan idzie do obsługi klienta (to na drugim końcu hali), ja tego nie załatwiam.

W końcu po 20 minutach dostaję moje 1.50.

Ręce opadają, nawet jak ktoś nie miał do czynienia z miłą obsługą w sklepach w Australii.

Monday, 28 December 2009

Australijska fantazja 2


No myślałem, że po poprzedniej relacji z tańca Australijek na pułapce na krokodyle mnie już nic nie zaskoczy w tej kwestii. Myliłem się.

Oto prasa australijska znowu donosi o podobnych ekscesach - tym razem wg mnie do kwadratu: dwaj faceci wpłynęli do środka pułapki na krokodyle (!), a trzeci wspiął się na jej szczyt i udawał, że surfuje.

Taki czyn w Australii jest zagrożony karą 55,000 dolarów australijskich (140,000 PLN) albo pięciu lat więzienia. A w przypadku pojawienia się krokodyla - utratą życia albo kończyn w najlepszym razie (ale to, jeśli delikwenci mieliby bardzo dużo szczęścia). Pocieszeniem byłaby nagroda Darwina, przyznawana za najbardziej bensensowną śmierć, spowodowaną przez własną głupotę.

No ale taka jest australijska fantazja - nie zna granic.

Thursday, 19 November 2009

Australijska fantazja


Niejednokrotnie obserwowałem u Australijczyków zachowania, które delikatnie można by określić jako, hmmm... lekkomyślne. Byłem świadkiem, jak ekipa po pijaku wskoczyła w nocy do Brisbane River, aby się ochłodzić. Wszyscy wiedzą, że w Brisbane River są rekiny, które przypływają z morza. Są co prawda małe, ale rekę mogą odgryźć. Szczególnie po zmierzchu, kiedy to wychodzą na żer. Ale nic to - Ozzie nie dbają o takie błahostki jak bezpieczeństwo, szczególnie po wychyleniu paru głębszych.

Zdjęcie obok przedstawia blondynki tańczące na... pułapce na krokodyle. Te pułapki są zastawione na krokodyle-ludojady, które zbierają znacznie większe żniwo niż rekiny (niedawno prasa w krótkich odstępach donosiła o bodajże 3 przypadkach konsumpcji człowieka przez krokodyla w Northern Teritory i Queensland). Pułapka pływa po mulistej rzece, zamieszkałej przez zwierzaki, dla których ludzkie mięso to rarytas. Blondynki mogą być 'pod wpływem', ale niekoniecznie. Niektóre dziewuchy w Oz mają taką fantazję.

A na to, jakie krokodyl może zrobić kuku, popatrzcie tutaj i tutaj. A jakie osiągają rozmiary (o czym świadczy też wielkość pułapki) - zobacz tu. Zwierzaki, na pozór ociężałe, polując poruszają się tak szybko, że człowiek ma małe szanse na ucieczkę.

Dlatego proszę uważać, jeśli jakiś krokodyl się wam napatoczy przypadkiem.