Showing posts with label ceny. Show all posts
Showing posts with label ceny. Show all posts

Monday, 24 May 2010

Welcome to Asia


Teraz nieco o sąsiedztwie Australii.

Jeśli wybieracie się do Azji, a jesteście wrażliwi brud, smród i ubóstwo, to odradzam.

To zdjęcie zrobione w jednym z lepszych centrów handlowych w Kuala Lumpur. Myślę, że ktoś wrażliwy na punkcie czystości nie byłby tam szczęsliwy. Kawałek plastiku, który trzymam w ręce ma wielkość karty kredytowej.

Od klasy hotelu należy odjąć jedną gwiazdkę, tzn. 5 gwiazdek tam = 4 gwiazdki w Europie.

Wszędzie napotkać można olbrzymie kontrasty: w odrapanej uliczce - tak straszliwy odór, że nie wiadomo, co tak bardzo może śmierdzieć. Wychodzisz za róg i w centrum handlowym na wystawie widzisz rząd dziesięciu zegarków na rękę w cenie od 50 tys. do ponad 100 tys. ringittów (1 ringitt = 1 PLN). Pewnie jakieś ręczne wyroby szwajcarskie (tak myślę, bo nie rozpoznałem żadnej marki, no ale fakt - nigdy nie interesowałem się zegarkami na rękę w cenach nieprzyzwoitych, bo uważam to za marnowanie kasy). No i ktoś to chyba kupuje, inaczej nie byłoby na wystawie 10 zegarków.

Jeśli chodzi o inne rzeczy, to wcale nie jest tak tanio, jakby się mogło zdawać. Trzeba się rozglądnąć, aby coś kupić dobrze. Mój Dell kosztował ociupinę więcej niż w Australii. W głównych centrach handlowych w Kuala Lumpur ceny są wyższe niż Down Under. Trzeba się rozglądnąć, żeby kupić ciuch taniej, np. na wyprzedaży. My nastawiliśmy się na wypełnienie pustawych walizek, i się nie udało.

Taksówkarze to osobna historia, W zasadzie nie jest drogo przenosić się tym sposobem z miejsca na miejsce, ale trzeba uważać, bo za dokładnie taki sam kurs na odległość około 10 km można zapłacić 7 albo... 30 ringittów, zależy od kierowcy. I w naciąganiu turystów celują Hindusi (w zasadzie należy założyć, że zawsze chcą cię niemiłosiernie orżnąć), Malaje - zależy, najuczciwsi są Chińczycy, przynajmniej ci, których my spotkaliśmy.

Wszędzie niemiłosierny tłok, ludzie depczą po tobie i sobie nawzajem, im to jakoś nie przeszkadza, ale widocznie są przyzwyczajeni.

Ale mogę powiedzieć, że warto to zobaczyć, o ile ktoś nie ma zbyt wrażliwego żołądka.

Thursday, 25 March 2010

Jak na zakupy, to do Australii



...albo gdziekolwiek indziej, byle nie do Polski.

Właśnie dokonalem zakupu laptopa od Della. Wiedziony ciekawością, postanowiłem sprawdzić ile takie cacko kosztuje w PL. Wlazłem na polską stronę Della, skonfigurowałem laptopa w identyczny sposób i oto rezulat:

W Australii mój laptop kosztuje $1,023, co po dzisiejszym kursie złotego 2.6497 daje nam 2,712 złotych. W Polsce za DOKŁADNIE taki sam laptop trzeba wybulić ... $4,447 złotych! 64% drożej!

Dodam, że średnia płaca w Australii wynosi $64,906 rocznie (trzeci kwartał 2009), co stanowi równowartość 171,981 złotych, czyli 14,332 złotych miesięcznie brutto. A netto wychodzi to 11,357 złotych miesięcznie. Za średnią miesięczną pensję netto w Australii można kupić ponad 4 moje laptopy. W PL - miesięczna płaca średnia brutto w I kwartale 2009 (akurat te dane mi wpadły w ręce) wynosi 3,185.61 złotych (to dane z artykułu o entuzjastycznym tytule 'Zarobki rosną'). 2,288 złotych na rękę. Pół laptopa.

Morał jest taki, że jak chcecie kupić komputer, to zapraszam do Australii - różnica w cenie laptopa pokryje wam przelot w jedną stronę.