Showing posts with label Australijczycy. Show all posts
Showing posts with label Australijczycy. Show all posts

Sunday, 24 April 2011

Australijskie biurka

Aussies nie słyną z zamiłowania do porządku. W moich australijskich firmach z reguły na palcach jednej ręki można było policzyć biurka, na których był jako taki porządek, a moje biurko, z wszystkimi papierami chowanymi do szuflady na koniec dnia, stanowiło wyjątek.

Pstryknąłem kilka fotek - niestety, mój faworyt nie widnieje na żadnym z nich. Było to biurko jednego z managerów średniego szczebla. Czegoś takiego w życiu nie widzieliście - dokumenty rzucone bezładnie na kupę o wysokości pół metra, niektóre sprzed roku, długopisy, połamane ołówki, kartki samoprzylepne, kanapka z zeszłego tygodnia (fakt!), pognieciony i potargany Melway (to taki grubaśny szczegółowy plan Melbourne dla kierowców), no były tam cuda. A najlepiej jak trzeba było coś znaleźć w tym marasie - przekładał wszystkie rzeczy z jednej kupy na drugą, przywalał sobie przy okazji telefon, telefon dzwonił za 10 min, i znów poszukiwania - kabaret!

Nie mogłem zrobić foty, żałuję do dziś. Poniższe biurka, to może zaledwie 50% mojego ulubionego, musicie je sobie wyobrazić! Zdjęcia zrobiłem po zakończonym dniu pracy.

Biurko księgowego:


Biurko informatyka:


Biurko administratorki (muszę przyznać, że w miarę porządne):


A oto przykład często stosowanego przedłużania powierzchni biurkowej poprzez układanie papierzysk na podłodze - modne szczególnie w gabinetach executives, czyli managerów zarządzających. W tym przypadku manager wyjątkowo dbał o porządek - papierzyska są poukładane na osobnych kupkach.

I ten sam pokój z pewnego oddalenia - to zdjęcie uwidocznia jednak nieco więcej zamiłowania managera do zdrowego australijskiego bałaganiku.



Pokaż mi swoje biurko, a powiem ci, kim jesteś?


Sunday, 13 March 2011

Rożnice między Polkami a Australijkami?


W młodym wieku - jak na zdjęciu - dwie z dziewczynek to moje córki - polskie Australijki, a dwie to australijskie Australijki. Zgadnijcie who is who?

Friday, 4 March 2011

Czkawka na antenie


Świetny przykład na to, czym zajmują się media w Australii - nie tylko podawaniem negatywnych informacji, jest też sporo zabawy.

Kate Wilson (na zdjęciu) jest lektorem wiadomości w radiu 3AW w Melbourne. 3 marca 90 sekund przed czytaniem wiadomości o 3 rano złapała ją czkawka. Jak to o 3 rano - nie miał ją kto zastąpić. Więc przeczytała całe wiadomości, czkając paskudnie 19 razy.

Stała się gwiazdą mediów w Australii, jej wcześniejszy pracodawca ze stacji radiowej w Ballarat od razu zadzwonił, czy Kate nie chce czasem wrócić do poprzedniej pracy, a jej obecni szefowie oczekują kontaktu ze Stanów. Otrzymała setki emaili gratulujących występu i przede wszystkim dotrwania do końca serwisu - profesjonalizm pełną gębą (czkającą)!

Posłuchajcie sami.

Kate powiedziała: 'To przyszło tuż przed serwisem informacyjnym, nie miałam nawet czasu złapać szklanki wody. Oczywiście byłam zażenowana, ale musiałam przeczytać serwis, bo to moja praca'.

Nie zaśmiała się ani razu, nie zrezygnowała z czytania serwisu. Czapki z głów!

Saturday, 19 February 2011

Wyalienowanie niepełnosprawnych w Australii


Znowu porównujemy Australię z PL-em.

Zjawisko wykluczenia osób niepełnosprawnych w Australii jest DUŻO, DUŻO rzadsze niż w PL. Właściwie należałoby powiedzieć że to w PL-u jest ono codziennością, niestety. W PL-u nie ma ludzi niepełnosprawnych. Przynajmniej się ich rzadko widuje. Powód? Bo z reguły siedzą w domach i czekają na śmierć. No bo po co mają wychodzić? Za wózek inwalidzki trzeba słono zapłacić, a jak się go już ma, to trzeba być akrobatą, aby wjeżdżać na polskie krawężniki, bez łagodnych zjazdów dla wózków przy przejściach dla pieszych. W Australii KAŻDE przejście dla pieszych ma łagodny zjazd - wiem coś o tym, bo się dość najeździłem z wózkiem dziecięcym w Melbourne, Sydney, Adelajdzie i Brisbane.

Na każdym koncercie jest sekcja dla wózków inwalidzkich w najlepszym miejscu przed sceną (gwoli ścisłości doniesiono mi, że w PL-u też się to spotyka coraz częściej).

Bardzo częstym widokiem są ludzie niewidomi prowadzeni przez labradory. Ta rasa psów trenowana jest przez Guide Dogs Australia - towarzystwo pomocy osobom niewidomym i niedowidzącym. W każdym supermarkecie jest skarbonka w kształcie psa, do której zbierane są fundusze na zakup i szkolenie labradorów.

Ta dziewczyna na zdjęciu towarzyszyła mi kilka razy w tygodniu w czasie porannego spaceru ze stacji kolejki do mojego biurowca na Eagle Street. Pracowała kilka pięter wyżej, nie wiem, co robiła, była całkowicie niewidoma (wiem, bo parę razy przyglądałem się ukradkiem, ale uważnie) i w pełni aktywna zawodowo. Na twarzy miała najczęściej pogodny wyraz albo uśmiech. Rano przyjeżdzała tym samym pociągiem co ja, widywałem ją w czasie lunchów w pobliskich restauracjach, oczywiście z psem, o 5 wracała do domu.

Zawsze gdy ją widziałem, nie mogłem wyjść z podziwu, że w Australii się da. To nie odosobniony przypadek, takich ludzi widzi się mnóstwo na każdym kroku. A w PL-u? A tak, słyszałem że koleżanka koleżanki opowiadała, jak jej chłopak w grupie na studiach podobno miał kogoś niewidomego lub niedowidzącego.

W Australii ludzie upośledzeni żyją w miarę normalnie. W PL-u - sami wiecie, jak jest. Żal.

Wednesday, 26 January 2011

Waltzing Matilda

Dziś jest Australia Day - święto państwowe obchodzone 26 stycznia na pamiątkę dnia w 1788, w którym to pierwsza flota okrętów za skazańcami z Wielkiej Brytanii wylądowała w Sydney.

Z tej okazji zapodam Wam piosenkę, którą większość Australijczyków ceni sobie niezmiernie (w sumie nie wiem dlaczego, bo opowiada ona o bezrobotnym włóczędze, który złapany na gorącym uczynku przy kradzieży owcy wolał popełnić samobójstwo niż dać się osądzić) do tego stopnia, że w plebiscycie na hymn australijski w 1977 zdobyła 2. miejsce z niewielką stratą do zwycięzcy. Tak że niewiele brakło, a byłby to oficjalny hymn Australii.

Poniżej klip z utworem i komentarzem nt. australijskiego slangu, użytego w piosence. Dodam jeszcze, że wszystkie blogi o Australii bez tego kawałka - to nieprawdziwe blogi o Australii.



Tuesday, 11 January 2011

Wielka woda

Powodź w Queensland. Stan 6 razy większy niż Polska. 75% jego obszaru zostało ogłoszone 'disaster zone' - obszarem klęski żywiołowej. Tyle co 4 i pół Polski. Straty już są liczone w miliardach dolarów. 10 osób zginęło, nie wiadomo co stało się z dalszymi osiemdziesięcioma - nie można ustalić gdzie są.



(Przepraszam, ale video clip nie działa z Operą ani z Firefoxem, można go odtworzyć z IE i Google Chrome. To nie moja wina, tylko news.com.au. Sorry.)

Brisbane właśnie czeka na największą falę powodziową. Mówi się, że wielka powódź z 1974 to piknik w porównaniu z dzisiejszą.

Mimo to często można usłyszeć następujące opinie, jak w mailu jednego z czytelników news.com.au:

'Nie sądzę, abym był kiedykolwiek bardziej dumny z tego, że jestem Australijczykiem, niż dziś. Oglądam reakcje mieszkańców Queensland na katastroficzne powodzie i jestem zdumiony ich odpornością i odwagą. Wielu z nich straciło wszystko, domy, biznesy, czasem życie. Mimo tego nie opuszcza ich poczucie humoru i pozytywne myślenie - coś, czego trudno mi się doszukać u siebie. Pomagają sobie nawzajem, nie siedzą i nie lamentują nad swoim losem, nie narzekają na rząd, ani na służby ratownicze. Nie obwiniają nikogo o klęskę żywiołową, która ich zrujnowała. Od dziś będę chodził dumnie z wysoko podniesionym czołem, bo jestem Australijczykiem. David Edwards.'

God save Queensland.


UPDATE:

Po wielkiej wodzie rozpoczęły się wielkie porządki. Liczba ofiar (15/1/11): 16, około 20 osób nie można zlokalizować.

Poniżej clip o powodzi i o niezłomności charakterów mieszkańców Queensland (znów FF i Opera nie działają).






UPDATE 2:

Link do arcyciekawej, interaktywnej strony ze zdjęciami 'before and after'.



 

Wednesday, 5 January 2011

Głupich nie sieją

Sami się rodzą. Mam wrażenie, że w Australii często. Może to wszystko z dobrobytu?

W zeszłym roku Agence France-Presse donosiła o niezwykłych wydarzeniach w dalekiej Australii (wyłapałem to dopiero teraz, przy podsumowaniu największych idiotyzmów roku 2010).

Otóż chodziło o to, iż dwóch mężczyzn z Grampians (niedaleko Melbourne) pewnego popołudnia spożywało wspólnie piwo. Konsumpcja alkoholu sprzyja śmiałym ekspetymentom myślowym, i nie tylko. Piwosze zaczęli się zastanawiać, czy strzał w cztery litery z wiatrówki boli i czy śrut zostanie pod skórą.

Mężczyźni, obaj po 34 lata, niewiele myśląc, przekształcili ideę w czyn. Skończyło się na niewielkim bólu. Obaj myśleli, że rozejdzie się to po kościach.

Do strzelaniny doszło w niedzielę. Już we wtorek obu musiano przyjąć do szpitala, aby każdemu usunąć śrut z tylnej części ciała. Operacje się udały.

Jakby tego było mało, jednemu z nięszczęśników odebrano licencję na broń.

Australia - naprawdę 'lucky country', gdzie ludzie nie mają większych zmartwień jak rozważać, czy postrzał w zadek boli.

Popieram - naśladowcom zafunduję po pincie dobrego piwa w czasie rekonwalescencji.

Sunday, 7 November 2010

Qantas Never Crashes


No muszę to napisać.

Jak wiecie z fimlu 'Rain Man': Qantas never crashes (nie daję linku, wygooglajcie sobie). 

And God bless the Queen and Qantas (to ode mnie - nie żebym specjalnie lubił latać Qantasem, bo serwis nie jest najlepszy, no ale to legenda australijska).

4 listopada 2010 Airbus A380 linii Qantas lot QF32 wystartował z Singapuru i miał zmierzać do Sydney. Ale kilka minut po starcie... eksplodował jeden z 4 silników. Pilot - Richard de Crespigny (na zdjęciu) - zdołał zawrócić, zrzucić nadmiar benzyny i wylądować ostro, ale bezpiecznie w Changi Airport w Singapurze. (Miał pół samolotu niesprawnego i wszyscy mówią, że to cud, że ocalił prawie 400 osób od śmierci, to niby jak miał lądować? Nie ostro?)

Na tym historia mogła by się zakończyć, ale Richard po tej przygodzie chciał wrócić do domu w Australii, więc wsiadł (jako pasażer) w nastepny samolot Qantasu z Singapuru do Sydney, wystartowali i ... silnik samolotu znowu wybuchnął. I samolot znów szczęśliwie zawrócił (tym razem bez pomocy Richarda)  i wylądował z powrotem w Changi Airport. W chwili obecnej Richard czeka na nastepny samolot Qantas, ale ten, raczej nie wątpię, na pewno doleci. W końcu ile razy można mieć pecha.

Ta sytuacja, na zasadzie kontrastu,  przypomniała mi wypadek z PL-u sprzed kilku lat: dwie kobiety wyruszyły w podróż do sąsiedniej wsi i busik miał wypadek - walnął w drzewo, wpadł do rowu, czy coś w tym stylu. Nikt nie zginął, więc te dwie kobiety złapały następną okazję i pojechały dalej. Tyle, że okazja znów walnęła w drzewo i kobiety niestety zginęły na miejscu. R.I.P.

Ale wg mnie to jest metafora: albo się żyje w Lucky Country, gdzie 'sky is the limit' i raczej wszystko się udaje, łącznie z podwójnym lądowaniem uszkodzonymi samolotami, albo się żyje pomiędzy Odrą, Bugiem a Nysą, i się ma pecha. (Albo przynajmniej o tym media donoszą w taki sposób).

A na koniec powiem Wam, że Richard pochodzi z rodziny z tradycjami: jego ojciec wciąż lata małym prywatnym samolotem (sądząc po zdjęciu Richarda, jego ojciec powinien miec z 75-80 lat, a wciąż lata - w Australii to nic dziwnego!). 

Nie bałbym się polecieć z Richardem, a pewnie też z jego ojcem, na pokładzie czegokolwiek co lata.

Wednesday, 15 September 2010

Bezbutowcy


Tacy też występują, i to nawet często, w australijskiej przyrodzie.

Na zdjęciu przykład jednego, a raczej jednej z nich, bo to była dziewczyna. Pobierała właśnie kasę z bankomatu. Z daleka niczym się nie wyróżniała. Dopiero po zbliżeniu się (no hola, hola, proszę nie brać tego wyrażenia dosłownie!) można było poznać, że ma się do czynienia z przedstawicielką tzw. białej hołoty (tzn. ludźmi o białym kolorze skóry, którzy nie pachną za pięknie, spożywają wszystko, co powoduje chwilowy lub permanentny stan zamroczenia oraz ich dochody kształtują się o wiele poniżej średniej australijskiej albo się w ogóle nie kształtują, ale niektórzy mogą posługiwać się bankomatem, jak nasza bohaterka).

Aby nie być posądzonym o rasizm, gwoli ścisłości muszę przyznać, że na ulicach Brisbane i przedmieść dużo częściej spotyka się przedstawicieli kolorowej i zwłaszcza czarnej hołoty, ale to tylko taka mała dygresja.

No więc wroćmy na krótko do naszej bezbutowej bohaterki: właściwie to nie udało mi się ustalić, czy pod spodniami od dresu o 10 numerów za dużymi były buty, czy nie. Musiałem lecieć do pracy, a 45-sekundowe oględziny nie pozwoliły mi tego ustalić.

Ale stawiam dolary przeciwko orzechom macadamia, że butów nie było z prostych względów oszczędnościowych: no bo po co nosić, jeśli ich i tak nie widać.

Sunday, 8 August 2010

Powrót do korzeni



Dawno nie było o butach. No to teraz o najpopularniejszym obuwiu w Australii. Gumowe klapki. W miejscowym narzeczu: thongs (nie mylić z majtkami, co to się wrzynają).


Podstawowe całoroczne obuwie 90% Australijczyków, szczególnie na północ od Sydney. Noszą je wszyscy (mężczyźni, kobiety, dzieci, nastolatki) i to dosłownie wszędzie. Dziewczyny w moim biurze jak miały czas, to je zmieniały na jakieś normalne buty. Ale czasem cały dzień siedziały za biurkiem w klapkach, albo na bosaka – normalka!


Podstawową zaletą klapków jest cena. Waha się od 2-3 dolarów na wyprzedaży w K-mart (to taka większa Biedronka) do około 15-20 dolarów w bardziej ekskluzywnych sklepach, jak David Jones lub Myer (równowartość 2 piw w pubie w City). Wtedy z reguły klapki mają różne napisy, takie jak ‘Aussie Rulez’ albo ‘Billabong’. A w chińskich sklepach napis na klapkach głosi ‘Versace’ albo ‘Dolce&Gabbana’ i obuwie też jest za grosze.


Aha, no i są przewiewne – grzybica się Ozich raczej nie ima (raczej, bo o wyjątkach już pisałem tutaj). Zima, przynajmniej w Brisbane, nie sprawia żadnej różnicy – klapki są całoroczne!!!


Jedyne co mi nie pozwala nosić klapków, to niemiłe uczucie czegoś pomiędzy palcami. Dlatego noszę zwykle takie skórzane klapko-sandały bez paska na piętę i bez przedziałki pomiędzy największym palcem i sąsiednim. No ale to już mercedes wśród klapków – kosztują od około 50 dolców wzwyż. Takie klapki noszą tylko bardzo bogaci Australijczycy lub emigranci z Europy. Choć pewnie i tak wychodzi na jedno, bo na dłuższą metę trwałość klapko-sandałów ze skóry znacznie przewyższa trwałość tych gumowych.

Powiedz mi jakie nosisz klapki, a powiem ci kim jesteś!

Wednesday, 2 June 2010

Uduś swoje dziecko!


To post, który nawiązuje do wcześniejszego Australijczyk potrafi też i to. Niektórzy ludzie w Australii są tak głupi, że mogą zaryzykować życie swojego dziecka w imię czego? Nie bardzo wiem, czego. Znowu mediów? No idea.

Ale upiekło im się tym razem. Czterometrowy pyton nie udusił 4-miesięcznej dziewczynki, którą rodzice ustawili do zdjęcia w sposób jak obok - pewnie był najedzony.

Lily (to imię dziewczynki na zdjęciu) będzie miała pamiątkę na całe życie - i jednocześnie pomnik głupoty rodziców.

Friday, 28 May 2010

Australijczyk potrafi też i to


Czyli jak zrobić sobie kuku na własne życzenie.

Uwagę mediów w Australii, ale też w Wielkiej Brytanii, przykuł idiotyczny wyczyn 21-letniego Australijczyka z Sydney, który zjadł żywego ślimaka (takiego jak na zdjęciu - bez skorupy), aby się popisać i dostać się jakoś do mediów. No i się dostał. Przy okazji dostał się też na intensywną terapię. Nabawił się bowiem rzadkiej odmiany zapalenia opon mózgowych, zwanej szczurzym zarobaczeniem płuc (rat lungworm), którą to chorobę przenoszą robale znajdują się w płucach szczurów. Szczury wydalają pasożyty, a szczurze odchody są często zjadane przez ślimaki. Robak występuje w Azji, Australii i Oceanii. Choroba zwykle powoduje obrzęk płuc i rdzenia kręgowego i często prowadzi do śmierci. Gość walczy teraz o życie.

Gdyby mu się nie udało, to chyba trzeba zaproponować jego kandydaturę do nagrody Darwina.

Thursday, 20 May 2010

Australijczyk (-ijka) potrafi


Jessica Watson właśnie wróciła do Sydney po 210-dniowej samotnej podróży żaglówką dookoła świata. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, ale dziewczyn(k)a ma ... 16 lat.

Po powrocie stwierdziła coś, co w moich oczach było ukoronowaniem jej podróży, najlepszym jakie sobie można wymarzyć. Było tak:

Najpierw powitali ją przy Opera House, wiwaty i bla, bla, bla - przemówienia organizatorów i polityków. Obecny premier Australii Kevin Rudd nie zmarnuje żadnej okazji, aby pokazać swego ryja w TV (no to już wiecie, na kogo głosowałem, a ryj występuje też w artykule, do którego link tutaj). Był też i przy powitaniu młodej żeglarki. W swojej przemowie okrzyknął Jessikę 'najnowszym bohaterem Australii'. Na co przytomna dziewczyna odpowiedziała: 'Nie zgadzam się z premierem - nie jestem, żadnym bohaterem, jestem zwykłą dziewczyną. Nie trzeba być kimś szczególnym, aby osiągnąć wielkie rzeczy. Musisz tylko mieć swoje marzenia, wierzyć w nie i pracować ciężko'.

Nie wiem, czy więcej można powiedzieć w tak krótkim stwierdzeniu.

Saturday, 10 April 2010

Australijscy bandyci


Anthony Prince i Luke Caroll, dziewiętnastolatkowie z Byron Bay (ładne nadmorskie miasteczko 170 km na południe od Brisbane) w 2005 byli w Vail, Colorado w USA. Przebywali tam na dłuższych wakacjach i pracowali, żeby zarobić na utrzymanie i coś więcej.

Ale widocznie nie zarabiali za dużo, bo postanowili okraść bank. I zrobili to w iście australijskim stylu. Zostawili tyle śladów, że policja z Vail zidentyfikowała ich 8 minut po napadzie i złapała na drugi dzień. Ale po kolei.

Po pierwsze byli stałymi klientami banku, który okradli. W czasie napadu nie starali się ukryć swojego australijskiego akcentu i poznali ich kasjerzy. Ponadto Anthony i Luke nosili wtedy plakietki ze swoimi imionami(!). Wkrótce po akcji kupili Rolexa w pobliskim sklepie, płacąc pięciodolarowymi banknotami. Następnie usiłowali kupić bilety lotnicze do Meksyku w jedną stronę i zaproponowali płatność gotówką. A potem przeszli samych siebie: dali taksówkarzowi napiwek w wysokości 20 tysięcy dolarów!

Przed samym zatrzymaniem na lotnisku zorientowali się, że mają za dużo kasy i mogliby podpaść celnikom (widocznie u bandytów górę wzięła zwykła australijska uczciwość: jeśli jest przepis, że nie wolno, to nie wolno, nawet jeśli wcześniej się obrobiło bank). Więc zdecydowali się wyrzucić nadmiar gotówki, której na początku było 132 tys. USD. Ale przedtem zrobili sobie zdjęcia z wachlarzami banknotów (powyżej), co stało się koronnym dowodem w procesie śmiałków.

Media ochrzciły ich 'Dumb and Dumber' - 'głupi i głupszy'. Niedawno wyszli z ciupy i powrócili do Australii. Tym razem pewno nie mieli problemu z nadmiarem gotówki.

Friday, 19 March 2010

And from all the lands on earth we came



Bruno Lanciano
Emil J Dzubiel
Jered Jumayao
Kenneth J Caswell
Su C Kho

To jest lista pracowników jednego z mniejszych oddziałów mojej firmy. Pokazuje ona, jaki mniej więcej jest przekrój społeczeństwa w Australii obecnie. Dla niewtajemniczonych dodam, ze pierwsze nazwisko jest włoskie, drugie polskie (zniekształcony Dziubiel) bądź niemieckie (jego rodzina przyjechała z Prus Wschodnich, więc się za bardzo nie dopytywałem po której stronie dziadek walczył w drugiej wojnie światowej), trzecie filipińskie, czwarte angielskie, a piąte – wietnamskie (chyba).

Nieanglosaskie nazwiska są na porządku dziennym, wszędzie. Pamiętam, że po zakończeniu roku finansowego w mojej poprzedniej firmie zabrałem mój team na uroczysty obiad ‘za zasługi na polu walki z audytorami’. Zebrało się następujace towarzystwo: Australijka o wdzięcznym nazwisku Fialkowski, potem gość, którego ojciec jest Maltańczykiem i ... to by było na tyle, jeśli chodzi o prawdziwych Australijczyków (tzn. takich, ktorzy urodzili sie w Australii). Pozostali byli z: Anglii, z Syrii (dziewczyna przyjechała tutaj w wieku 2 lat), ze Sri Lanki, no i ja. Aha, w naszej ekipie była jeszcze jedna dziewczyna – nieobecna, bo w ciąży – miała włoskie nazwisko, ale rodzice mieli też niemieckie korzenie. Australijka.

Nie pytajcie mnie, jak to wszystko jest możliwe. W Australii – jest to norma. Mieszanka wszystkich nacji – ‘and from all the lands on Earth we came’ (przybyliśmy z każdego zakątka Ziemi), jak śpiewają The Seekers. Zdjęcie pokazuje, skąd się wzięli Australijczycy.

Cheers.

Tuesday, 2 February 2010

Czym zajmuja się bankierzy w Australii


Dziś, jak co miesiąc, w Australii nastąpiło doniosłe wydarzenie - Reserve Bank of Australia (to taki tutejszy NBP) ogłosił decyzję w sprawie stóp procentowych. W dniu dzisiejszym ich nie podniósł.

Była to niejaka niespodzianka, bo większość zakładów postawiono na wzrost (nota bene tutaj się zakładają o każde wydarzenie, o które się można założyć - chodzi mi o bukmacherów i zakłady na pieniądze). Wielu Australijczykom sprawiło to wielką ulgę, ponieważ są tak zakredytowani po uszy, szczególnie na niebotycznie drogie domy (właściwie powinienem napisać 'budy dla psa', a nie domy), że każdy dodatkowy wydatek rzędu $50 miesięcznie może ich pogrążyć.

No to o 1:30 po południu wielu śledziło wiadomości na żywo, a w nich wywiad z ekspertem z Macquarie Bank - gwiazdy australijskiej finansjery (mam na myśli bank, a nie eksperta). Oto co zobaczyli.



A potem się ludziska dziwią, że są kryzysy finansowe na świecie, a 99.99% rad 'ekspertów' można o kant dupy potłuc.

Thursday, 24 December 2009

Only in Australia - part 2


Ewan Blackwood stracił wszystko oprócz ubrania w czasie pożaru buszu w Port Lincoln w stanie South Australia. Pożar strawił jego dom w wigilię Bożego Narodzenia. Ewan kupił swój dom dwa tygodnie wcześniej. Nawiasem mówiąc, to jego nazwisko można by przetłumaczyć jako 'czarne drzewo' - 'spalone drzewo'?

Pożary w Australii w lecie, czyli w okresie grudzień-luty, to częste zjawisko w południowych stanach Australii.

Ewan, popijając piwo, skomentował ze śmiechem (!!!) spalenie swojego domu: 'Szkoda, że się zawalił. Zostało mi to, co mam na sobie. Ale spaliły się tylko rzeczy materialne. Nikt nie zginął, więc wszystko w porządku, będzie dobrze.'

Historia Ewana - patrz tutaj.

Znacie lepsze przykłady optymizmu?