Showing posts with label Polska. Show all posts
Showing posts with label Polska. Show all posts

Sunday, 9 September 2012

Ile kto pracuje


Natknalem sie ostatnio na taka wiadomosc w news.com.au:

The report on the ACTU’s Working Australia Census 2011 reveals working time has been creeping up annually, with many Australians now putting in more than eight hours each day. An average Australian worker clocks up 1686 hours a year.

Na poczatek wyjasnienie: Australian Council of Trade Unions (ACTU) - to taka czapa nas zwiazkami zawodowymi w Australii, czyli zrodlo raczej tendencyjnych informacji, ale w tym wypadku zdecydowalem sie ich uzyc, bo jesli sa przeklamane, to na pewno zawyzaja, co uczyni mojego posta bardziej przekonywujacym - zaraz sie dowiecie, o co chodzi.

Tlumacze cytat: raport ACTU donosi, ze czas pracy stale sie wydluza i wielu Australijczykow pracuje wiecej niz 8 h dziennie. Przecietny Australijczyk pracuje 1686 godzin rocznie.

Z polskiego netu: Statystyczny polski pracownik spędza na wypełnianiu obowiązków zawodowych stosunkowo dużo, bo 1939 godzin rocznie. To daje trzecie miejsce w Europie - wynika z raportu OECD.

No i porownanie PKB (2011):

PL: PLN 1,522.7 mld
Oz: AUD 1,437.3 mld (PLN 4,816.8 mld)

A jeszcze ilosc ludzi:

PL: sami wiecie ile
Oz: 22.7 mln

Calkowita liczba obywateli moze byc mylna w tym przypadku, bo przecie w PL-u jest chyba najwiecej rencistow na swiecie - procentowo, ale zaznaczam, ze mowie to nie sprawdzajac zrodel, wiec prosze mnie nie ciagac po polskim wymiarze niesprawiedliwosci.

Krotko: okolo dwa razy wiecej ludzi w PL zapieprza 15% godzin rocznie wiecej za ponad trzy razy mniejsza kase. No further comments.


Thursday, 2 August 2012

Budowanie w PL-u


Zdjęcie wykonano jak widać w Castoramie. Ja sie okrutnie zdziwilem, dlaczego w PL-u ktoś buduje cokolwiek, jeżeli tak wygląda proces inwestycyjny w skrócie. No ale ludziska do tego przywykli, nie dość, że budują, to jeszcze nikt się nie dziwi na widok plakatu. A wszyscy powinni, wg mnie, przystawać i zakrzyknąć tak jak w tym kawale o polskiej wycieczce do największego wodospadu na świecie: 'O, KU*WA, JA PIE*DOLE!'

W PL-u nie dziwi nic.

Wednesday, 18 January 2012

Najprostsza recepta na kryzys

Wczoraj rano usłyszałem przypadkiem maksymę, której wspomnienie nie pozwalało mi zamknąć gęby do końca dnia (ze śmiechu). Nie ma to jak dosadne wyrażenie w ojczystym języku.

Hasło przypomina brzmieniem przysłowie staropolskie (przynajmniej tak mi się kojarzy) i wydaje mi się, że to rewelacyjna, łatwa, miła i przyjemna recepta na obecny kryzys gospodarczy w zbankrutowanej Unii Jewropejskiej oraz na nieodległy ogólny kryzys wszystkiego w PL-u (choć niektórzy mówią, że to nie kryzys, to rezultat).

Po krótkim googlaniu okazało się, iż powiedzonko jest dosyć popularne, a ja go wcześniej nigdy nie słyszałem. No cóż, człowiek uczy się całe życie.

Co wrażliwsze panie z góry przepraszam za mą francuszczyznę. A więc, Ladies and Gentlemen, motto miesiąca, a może i rozpoczętej dekady:

Pić, pierdolić, nie żałować, bieda musi pofolgować!




Happy new year!!!


Friday, 25 November 2011

Porównujemy pogodę

Tak jest w Brisbane.



A tak w Warszawie.



No i jeszcze ci pasażerowie zeskrobujący lód z szybki, by zobaczyc o której nie pojedzie pociąg...



Życzę wszystkim ciepłego dnia.

Friday, 23 September 2011

Alegoria

Polska:


...i Australia:


Wiem, wiem - zdjęcia są tendencyjnie dobrane. Jakoś nie mogłem się powstrzymać, nie wiem dlaczego.

Żeby nie było, że upiększam: Sunshine to jedna z gorszych dzielnic w Melbourne. Ale przynajmniej ładnie brzmi.

See ya.


Saturday, 13 August 2011

Rynek pracy w Polsce i w Australii


Lubię sobie porównywać.

Znajoma podesłała mi maila, jaki dostała z okazji urodzin od portalu pracuj.pl. Znajoma twierdzi, że idealnie oddaje realia rynku pracy w PL-u w chwili obecnej.

Od siebie dodam, iż odpowiedzialnego za ten 'motywujący' slogan to ja bym wyrzucił z pracy na zbity pysk.

A z australijskiego rynku pracy: bezrobocie w lipcu 2011 skoczyło do poziomu 5.1% (z 4.9%) i RBA (odpowiednik NBP) zastanawia się, czy nie obciąć stóp procentowych, albo przynajmniej zrezygnować z przewidywanych podwyżek, aby pobudzić gospodarkę do tworzenia nowych miejsc pracy.

W PL-u: minister pracy Fedak wypowiada się w mediach: 'Sytuacja na rynku pracy jest w miarę stabilna, nie jest dramatyczna. [Ministerstwo] szacuje, że stopa bezrobocia na koniec lipca spadła do 11.7 proc.'

Znajoma mówi, że obecna propaganda w PL-u przewyższa tę za Gierka.

Sunday, 22 May 2011

Toalety - znowu, tym razem w PL-u.


O toaletach w Australii pisałem wcześniej - jeśli ktoś pominął, to zapraszam do zapoznania się z tym potencjalnie śmierdzącym tematem.

Dziś o toaletach w PL, a konkretnie o jednej z nich, znajdującej się na Dworcu Centralnym w stolicy krainy śmierdzących toalet. Ja się uśmiałem czytając napis na zdjęciu - podam treść, abyście nie nadwerężali oczu, bo fotka jest troche zamazana.

'Uwaga! Każdorazowe wejście do pomieszczeń WC jest elektronicznie rejestrowane i podlega podanej opłacie 2 zł.'

Super. Informatyka w walce ze złodziejami niepłacącymi za odcedzenie kartofelków. Jaki następny krok? Full body scan w celu zidentyfikowania osobników wynoszących papier toaletowy?

Po mojemu zdrowy rozsądek dyktowałby, aby za kasę zainwestowaną w elektronikę i koszty utrzymania urządzeń przeznaczyć na sprzątanie toalet, nawet jeśli trzeba by dopłacić - byłoby prościej i normalniej, a przynajmniej dałoby się uniknąć obciachu przy tłumaczeniu cudzoziemcom, co tam jest napisane. No, ale w stolycy chodzi głównie srać elyta (pardon my French), więc musi być nowocześnie.

W PL-u logika często działa inaczej.

Saturday, 4 December 2010

15 lat bez wolnego weekendu

myspace comments


Właśnie wpadł mi w ręce, zupełnie przypadkiem, kawałek (dosłownie strzęp) polskiej gazety, określanej jako prasa plotkarska. W krótkim artykuliku niejaka pani Ewa Drzyzga chełpiła się, iż przez pierwsze 15 lat swojej kariery dziennikarskiej nie miała żadnego(!) wolnego weekendu. Często spała w biurze na podłodze(!), budziła się o 4:30 rano i w piżamie prowadziła radiowe serwisy informacyjne albo to, co tam jej akurat wypadło. Do dziś wspomina pierwszy wolny weekend, kiedy to mogła się poprzeciągać w łóżku i zaplanować wyprawę do kościoła (z tego fragmenu wnoszę, że pierwszy wolny weekend pani Drzyzgi ograniczył się li tylko do niedzieli).

No cóż, w Australii ten artykuł byłby opatrzony komentarzem: 'Na szczęście nasza rozmówczyni podjęła już leczenie psychiatryczne w zakładzie zamkniętym. Szkoda tylko, że 15 lat za późno'.  W PL-u to powód do dumy, przynajmniej w takim tonie sytuacja została przedstawiona.

Pamiętam, jak niedawno kolega z biura opowiadał o traumatycznych początkach swojej kariery księgowego w Sydney: '...i przysięgam na Boga, że codziennie byłem w biurze przed 8:30, rzadko kiedy kończyłem pracę przed 6 po południu, godzinną przerwę na lunch miałem tylko co drugi dzień i w sobotę do pracy musiałem przyjść przynajmniej raz na trzy miesiące.'

No fakt, w Sydney zdarza się, że ludzie harują jak woły. Ale pani Ewa Drzyzga i tak by się tam zanudziła na śmierć.

Cheers!

Thursday, 4 November 2010

Polska nierówna Australii cz. 2. (Uczciwość)

Jak pewnie wiecie, jakiś czas temu Google wprowadziło mechanizm podpowiadania najczęściej szukanych haseł w swoim search engine. Wystarczy wpisać kilka początkowych liter i pojawia się najbardziej poszukiwane słowo lub fraza, która tak właśnie się zaczyna.

Oczywiście wiecie też, że w zależnosci od kraju Google podpowiada swój search engine dla danego obszaru i języka, w Australii jest to google.com.au po angielsku, w PL-u - google.pl po polsku.

Zacznijmy od Google Australia. Po wpisaniu 'how much do i need to spend on...' ('ile muszę wydać na...' albo inaczej 'za ile można kupić...') pojawiają się podpowiedzi: 

a) engagement ring (pierścionek zaręczynowy),

b) food (żywność).

W Google Polska po wstukaniu 'za ile mozna kupic...' pojawiają się dokończenia:

a) maturę,

b) prawo jazdy.

Dodam jeszcze trywialny i często cytowany przykład na różnice (zaczynające się w szkole, żeby nie powiedzieć w kolebce), w podejściu do uczciwości w tych dwóch strefach językowych: w angielskim nie ma słowa 'sciągać' (w sensie 'odpisywać na egzaminie'). Jest tylko 'to cheat' (oszukiwać).

Ci, którzy znajdujecie się w PL-u: radzę zapłakać. Ci, którzy googlacie z innych miejsc na świecie, wiecie co robić.




Monday, 16 August 2010

Polska nierówna Australii, także w warstwie językowej


O pytaniach moich córek dotycących polskich toalet pisałem tutaj. (Nota bene ostatnio wielkie zdziwienie jednej z nich miało miejsce, kiedy jedna z toalet w PL-u była bezpłatna).


Ale ja nie o toaletach tym razem, ale o zderzeniu dzieci wychowanych w Australii z polską rzeczywistościa.


Moja starsza po krótkim pobycie w PL-u i po zabawach z rówiesnikami (pierwsze lata szkoły podstawowej) przyszła do mnie z pytaniem: tata, a co to znaczy ‘ku*wa’?


Zamurowało mnie, ponieważ ‘r’ w wypowiedzianym słowie nie było wykropkowane, a moje dzieci do niedawna nie wiedziały co to znaczy ‘dupa’ (a jak się dowiedziały od dzieci w polskiej szkole sobotniej w Brisbane, to i tak myślały, że to szczyt chamstwa wypowiedzieć to słowo).


Po namyśle i śledztwie, gdzie i kiedy to słyszała, wygłosiłem krótki wykład na temat tego, jak wyrażają się ludzie niewykształceni, no po prostu z marginesu społeczeństwa. Wtedy z kolei musiałem wytłumaczyć, co to jest margines społeczeństwa. Jakoś się udało, ale po kilku dniach jak bumerangiem wróciło pytanie: tata, a czy wszyscy w Polsce to margines społeczeństwa?


Na to pytanie nie umiałem odpowiedzieć.


Coś w tym jest. W Austalii nie słychać tyle 'rzucania mięsem' przy każdej okazji.

Sunday, 6 June 2010

Najlepsze zawody w Polsce

Ostatnio wbiłem do google.pl haslo 'najlepiej platne branze w polsce' i na szóstym miejscu otrzymałem link do artykułu z wp.pl:

Komu i gdzie żyje się w Polsce najlepiej? - Strona 6 - Praca - WP.PL

11 Mar 2010 ... szanse na dostanie pracy w dobrze płatnych branżach mają głównie absolwenci ... Okazuje się, bowiem, że do branż, które najchętniej zatrudniały w 2009 roku ... W POLSCE NAJLEPIEJ ŻYJA KSIĘŻA, POLITYCY I ZŁODZIEJE ! ...
praca.wp.pl/kat,1013819,title,Komu-i-gdzie-zyje-sie-w-Polsce-najlepiej,wid,12064404,wiadomosc.html?... -
Kopia


Nic tylko wszyscy powinni walić do macierzy jak w dym, z zamiarem zostania księdzem, politykiem lub złodziejem. Fakt, kilka lat temu od gościa, który właśnie nie wygrał wyborów (już nie pamiętam na jakim szczeblu) usłyszałem: 'No, teraz mi się nie udało, ale jak się tam dostanę za 4 lata, to się k@*#a odkuję!'

Saturday, 15 May 2010

Zapraszamy uprzejmię - part 2


Hellou, witojcie piknie po przerwie.

Znowu nie mogę się powstrzymać od opowiastki o polskich kasjerkach z Tesco. Historia z błędną ceną i niewydawaniem 3 groszy tutaj, a teraz opowiastka pt. 'Jak zmieszać klienta z błotem'.

Stoję w kolejce do kasy, w której płaci się za mocne trunki. Jeśli nie wiecie, to w Tesco w tej kasie zwykle można też zapłacić za resztę zakupów, o ile to nie jest coś, co trzeba zważyć. Zwykle. Ale nie tym razem, bo pani miała chyba słaby dzień, może ja komar ugryzł, albo co.

Jestem trzeci. Gość przy kasie podjechał właśnie wózkiem, wyłożył butelkę wódki i zaczyna wykładać resztę towaru.

- Panie, co mi tu pan wykłada, ja tu kasuję tylko wódkę!

- Ale...

- Żadne ale, inne rzeczy niech se pan skasuje na głównej kasie, tu są alkohole.

Ja gryzę wargi ze śmiechu, pani kasjerka marszy brwi, a gość potulnie pakuje wszystko z powrotem, płaci za wódkę i oddala się, aby postać sobie drugi raz w kolejce do głównej kasy. Za nim następny pacjent, widząc bojowy nastrój pani na kasie, pyta nieśmiało:

- Proszę pani, ja mam tylko dwie wody oprócz wódki, czy skasuje mi je pani?

Pani (niechętnie):

- No dobra, dawaj pan, dwie wody to mogę skasować.

Ja się już prawie krztuszę, co by nie parsknąć smiechem, a tu jeszcze słyszę, jak para stojąca za mną krytycznie ocenia swoją sytuację:

- Ty, my chyba mamy za dużo w koszyku... - mówi żona do męża.

Sytuacja tak mnie rozbawiła, że nie upomniałem się tym razem o wydanie jednego grosza, którego naturalnie nie dostałem. Zresztą, jeślibym się upomniał, to ryzykowałbym chyba, że zaliczę jaką butelką w łeb, albo co najmniej mokrą ścierą.

Ale odbiłem sobie tego grosza za chwilę na głównej kasie - powiedziałem, że pani na alkoholach mi go właśnie nie wydała.

Thursday, 25 March 2010

Jak na zakupy, to do Australii



...albo gdziekolwiek indziej, byle nie do Polski.

Właśnie dokonalem zakupu laptopa od Della. Wiedziony ciekawością, postanowiłem sprawdzić ile takie cacko kosztuje w PL. Wlazłem na polską stronę Della, skonfigurowałem laptopa w identyczny sposób i oto rezulat:

W Australii mój laptop kosztuje $1,023, co po dzisiejszym kursie złotego 2.6497 daje nam 2,712 złotych. W Polsce za DOKŁADNIE taki sam laptop trzeba wybulić ... $4,447 złotych! 64% drożej!

Dodam, że średnia płaca w Australii wynosi $64,906 rocznie (trzeci kwartał 2009), co stanowi równowartość 171,981 złotych, czyli 14,332 złotych miesięcznie brutto. A netto wychodzi to 11,357 złotych miesięcznie. Za średnią miesięczną pensję netto w Australii można kupić ponad 4 moje laptopy. W PL - miesięczna płaca średnia brutto w I kwartale 2009 (akurat te dane mi wpadły w ręce) wynosi 3,185.61 złotych (to dane z artykułu o entuzjastycznym tytule 'Zarobki rosną'). 2,288 złotych na rękę. Pół laptopa.

Morał jest taki, że jak chcecie kupić komputer, to zapraszam do Australii - różnica w cenie laptopa pokryje wam przelot w jedną stronę.

Tuesday, 23 March 2010

Jak się pracuje w Australii


Ogłoszenie nt. spotkania BHP, obowiązkowego dla wszystkich pracowników w mojej firmie (moje wtrącenia do ogłoszenia pisane są kursywą. Uwaga: jak ktoś nie wie, co to jest kursywa, to proszę się dokształcić albo przestać czytać tego bloga, howgh):

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

We wtorek 23 marca o 10:30 odbędzie się spotkanie z firmą Laughter Works (mój przekład nazwy firmy: Praca Śmiechu Warta) w celu zachęcenia pracowników do śmiechu w czasie pracy, co dodatnio wpływa na zysk firmy i na twoją karierę.


Śmiech jest spoiwem poszczególnych działów firmy w całym tego słowa znaczeniu (cholera, ale to brzmi sztywno, po angielsku - znacznie bardziej sympatycznie). Nic nie buduje lepiej zaufania i nic lepiej nie łączy ludzi niż śmiech. Dlatego: jeżeli myślisz, że biuro nie jest miejscem, w którym możesz się śmiać - pomyśl jeszcze raz i przyjdź na spotkanie. Poczucie humoru niewymagane.

<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

Australia, Polska. Dwa słowa, dwa światy.

Friday, 29 January 2010

Szczęśliwy kundel


Na piewszej stronie internetowego wydania wiktoriańskiej gazety Herald Sun natrafiłem na historię. Pozytywną. O psie, który spłynął na krze lodowej ponad 120 km do morza i 35 km od brzegu został uratowany przez właśnie przepływający statek.

Polskie media też o tym donosiły, choć musiałem trochę pogrzebać w sieci, aby to znaleźć, więc może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby się to nie zdarzyło w Polsce. Nie pamiętam żadnych tego typu pozytywnych informacji z Australii publikowanych w Polsce, w polskich mediach nie było to na pierwszych stronach (ale tu mogę się mylić). W ogóle pamiętam mało pozytywnych informacji z polskich mediów.

W Youtube też można prędzej trafić na angielską wersję klipu o piesku, niż na polską.

Podejście polskich dziennikarzy do publikowanych tzw. newsów obrazuje poniższa autentyczna opowieść:

>>>>>>>>>>>

Kilka lat temu w austriackich Alpach przebywała grupa narciarzy, w której był mój kolega (stąd mam relację z pierwszej ręki). Wieczorem narciarze właśnie 'odpoczywali' po nartach, kiedy spadła lawina i odcięła wioskę od świata.

- 'Chłopaki, ja mam znajomego w ... (tu nazwa radia ogónopolskiego o słuchalności jednej z najwyższych, którą przemilczę, żeby przypadkiem mnie ktoś nie ciągał po polskim wymiarze niesprawiedliwości), zadzwonimy do niego i powiemy, że jesteśmy odcięci od świata, to nas puszczą w wiadomościach!'

Zadzwonił.

- Hej, stary tu spadła lawina! Jesteśmy odcięci od świata!

Z drugiej strony pytanie:

- A zabiło kogo?

- Nie!

- To co mi tu dupę zawracasz!

<<<<<<<<<

To świadczy o podejściu polskich dziennikarzy do tzw. newsów. W Australii często się słyszy pozytywne wiadomości w mediach. W Polsce - bardzo rzadko. A szkoda.

Monday, 4 January 2010

Zapraszamy uprzejmię...

Miało być o kasjerkach.

Idę w Tesco kupić tylko wodę mineralną. Promocja. Woda dobrawa, dobra zresztą, po PLN 1.19. No to kupuję trzy. Podchodzę do kasy z wyliczonym 3.60. Podaję kasjerce.

- Panie, panie, co mi tu pan daje!

I zwraca mi 2 dinary serbskie, które łudząco przypominają złotówke. Cholera, po podróży do Serbii się zaplątała w portfelu. Głupio mi.

- Przepraszam, już daję złotówkę.

I podaję.

- Panie, to kosztuje pięć złotych siedem groszy.

Skołowany daję jej 5 zeta i mówię:

- Ale jak to, woda jest po 1.19 - pytam grzecznie.

- Ja nie wiem, po ile jest woda, mówię co mi kasa pokazuje.

Na pewno była po 1.19, myślę. Dałem jej te piątkę, ale 3.60 zabrałem, bo ciągle myślałem o tej cenie 1.19.

- Panie, jeszcze 7 groszy! - mówi natarczywy głos.

No to się wkurzyłem z deka. Daję jej 10 groszy. Pakuję wody do reklamówki. Pani podaje paragon i nie kwapi się z wydaniem reszty. No to moja kolej na upierdliwość.

- Proszę mi wydać 3 grosze.

- Już, już panu wydaję - natarczywy głos.

Wydaje mi 2 grosze i oznajmia:

- Więcej nie mam.

- Nie, ja chcę moje 3 grosze! - Upieram się.

- No to ma pan pięć! - Jakby mogła, to by mi je w twarz rzuciła.

- Dziękuję!

Biorę paragon i idę z powrotem sprawdzić, woda jest po 1.19. Wracam do kasy i mówię:

- Woda jest po 1.19, proszę mi oddać moje 1.50!

- Niech se pan idzie do obsługi klienta (to na drugim końcu hali), ja tego nie załatwiam.

W końcu po 20 minutach dostaję moje 1.50.

Ręce opadają, nawet jak ktoś nie miał do czynienia z miłą obsługą w sklepach w Australii.

Monday, 16 November 2009

Zderzenie z polską rzeczywistością


Na pewno zdarzyło się to niejednemu z Was po powrocie z zagranicy, szczególnie po dłuższym pobycie.

Mnie - często, nawet po powrocie ze Słowacji od razu moglem powiedzieć, że jestem w PL. Drogi dawały znać o sobie dziurami grożącymi urwaniem zawieszenia. Po zjeździe z promu ze Szwecji - od razu czułem, że jestem w Polsce, bo na pierwszej prostej wyprzedziło mnie dwóch idiotów w mercedesie i BMW, jadących z szybkością ze 150 km/h.

Natomiast po przyjeździe z Australii dwie rzeczy uderzają od razu: nieuprzejmość ludzi, szczególnie w urzędach, bankach i sklepach (to niewiarygodne, ale w Polsce kasjerki z reguły traktują ludzi z buta, nie mówiąc o braku uśmiechu!) i wszechobecna bylejakość.

O kasjerkach napiszę wkrótce, dziś przykład bylejakości.

Australia, wbrew ogólnemu mniemaniu, jest krajem raczej nieskomplikowanym, żeby nie rzec prymitywnym. Doświadczyłem tego, kiedy po raz pierwszy leciałem z Sydney do Melbourne i do samolotu podjechał trap, holowany przez... dwóch pracowników lotniska - ręcznie. Takiego rozwiązanie nie widziałem nigdzie na świecie! Nawet w Afryce! Zawsze był rękaw albo podjeżdzał trapotraktorek.

Ale przynajmniej ci goście byli ubrane w czyste, reprezentacyjne mundurki Qantas. Butów wtedy nie sprawdziłem. Może szkoda.

Natomiast po przylocie do Polski na lotnisku międzynarodowym w Pyrzowicach, w autobusie kursującym na odległość 50 m pomiędzy samolotem a terminalem, zobaczyłem obrazek jak na zdjęciach. Świetna wizytówka dla gości z zagranicy odwiedzających Polskę. Ta 'wklejona szyba' to był po prostu kawał folii przylepiony tasmą klejącą. Nic tylko płakać.

Friday, 13 November 2009

Jak pędzel zderzył się z kosiarą...


Dziś po raz pierwszy (i nie ostatni) bez zdjęcia.


Czyż język polski nie jest piękny? Niedawno na imprezie wychwyciłem lewym uchem następujący strzępek rozmowy: 'no to było wtedy, kiedy pędzel zderzył się z kosiarą'.

Oczyma wyobraźni ujrzałem mój staromodny pędzel do golenia ze szczeciny borsuczej, tyle tylko że monstrualnych dwumetrowych rozmiarów, jak się zderza z kosiarką do trawy, którą miałem wątpliwą przyjemność obsługiwać ze trzy dni wcześniej (spalinowa honda). I pędzel po tym wypadku jest skoszony do co najmniej jednej czwartej wysokości swojej szczeciny.

Ale po chwili zajarzyłem, że chodzi o dwóch piłkarzy o pseudonimach Pędzel oraz Kosiara, którzy mieli bliskie spotkanie w czasie rozgrywki towarzyskiego piłkarskiego sparringu na szczeblu miejskim-żywieckim, lub niższym. Krótko mówiąc, jeden palnął drugiego w łeb, w tułów albo w nogi. Nieważne kto kogo i w co.

Przebywając za granicą często śmiałem się z dowcipów lub bon motów usłyszanych w języku innym niż polski. Jednakże tego nigdy nie da przyrównać do radości z soczystego dowcipu lub porównania w języku ojczystym. Wg mnie zderzenie Pędzla i Kosiary niewątpliwie zalicza się do soczystych porównań - choćby ze względu na dźwięczne pseudonimy. I wierzcie mi, są to pseudonimy, których obcokrajowiec raczej nie wymówi poprawnie, co mnie tym bardziej cieszy.

Ale prawdziwe soczyste porównania to dopiero przeczytacie na tym blogu, później.

Keep reading.

Saturday, 31 October 2009

Globalne ocieplenie


No to jest temat, po którym mogę się stać niepopularny, żeby nie rzec persona non grata. Ale co mi tam. Jakbym chciał być popularny, to bym pokazał goły tyłek w telewizji. Albo bym zadeklarował na blogu, że jestem tym, no, żebym się nie okazał niepoprawnym politycznie, bo to tera niemodne, no tym... tą częścią od roweru, na której zwykle spoczywa stopa. Ale nie zależy mi na popularności, więc piszę to, co myślę.

Globalne ocieplenie to mieliśmy w środę 21 października Anno Domini 2009. Wtedy zeszły śniegi, które rypnęły 14 i 15 października tegoż roku, około dwa miesiące za wcześnie. Życie zamarło w naszej wsi na dobre. Zero prądu, internetu, telefonów, komórek i dostaw piwa. Kiedy wyszedłem piętnastego rano po chleb, poczułem się tak jak w filmie 'War of the Worlds', kiedy ludzie jeszcze nieświadomi ataku Marsjan wychodzą z domów. Cisza na ulicy. Nic nie jeździ. Śnieg po kolana. Pytania: 'Macie prąd?'. 'Nie'. 'Telefon wam działa?'. 'Nie'. 'Macie coś do zjedzenia, albo choć jakie piwo???'

Panie w sklepie świeciły świeczkami. My też. Dopóki nam się nie skończyły. Bo prądu nie było przez 2 i pół dnia w ogóle, a przez następne 5 dni był na zasadzie Murzyna przechodzącego przez przejście dla pieszych: 'pojawiam się i znikam'. Przy czym 'pojawiam się' trwało od kwadransa do max godziny, a 'znikam' - od czterech do ośmiu godzin.

Nasz samochód też był niezdatny do użytku (patrz zdjęcie).

No, ale w końcu w środę 21-go przyszło globalne ocieplenie i śnieg poszedł w cholerę. Żeby go tak nie było choć do kwietnia przyszłego roku. Co przy ostatnich doniesieniach medialnych z kraju i zagranicy jest całkiem możliwe, bo jako ludzkość emitujemy za dużo CO2 no i w Copenhagen bedo radzić, jak to łukrócić. Dlatego proszę zacząć płytko oddychać! Albo przestać! I nie wydzielać CO2, wodoru i metanu odwrotną stroną! Bo to się źle może skończyć. Najpewniej większymi podatkami.

Cheers!

Friday, 30 October 2009

A teraz coś z zupełnie innej beczki - koszmar listonosza


Ten wpis dedykuję pierwszej oficjalnej fance mojego bloga - Eli z Żywca.

Skoro pierwsza fanka z Żywca, to czas napisać coś o Polsce. Postanowiłem włączyć do bloga również moje szersze spojrzenie na rzeczywistość, nie tylko obserwacje australijskich butów. W poniższym przypadku, i innych niedotyczących bezpośrednio obuwia, tytuł bloga można rozumieć jako alegorię: spojrzenie na sytuację z punktu widzenia kogoś, kto mieszkał też gdzieś poza najjaśniejszą III Rzeczpospolitą.

We wsi Trzebinia koło Żywca zobaczyłem ciekawe oznakowanie jednej z ulic - patrz zdjęcie. I wyobraziłem sobie, rozterkę listonosza stającego przed problemem dostarczenia przesyłki do domu przy owej ulicy. No chyba że jest to jakiś tubylec (tambylec?) blisko emerytury, który zna wszystkich po imieniu...

Im chyba chodziło o to, że od jednej ulicy odchodzą dwie inne, gdzieś tam dalej. A może to są stare i nowe nazwy? Albo nazwy wymyślone przez nowy i stary zarząd gminy - stary pewnie nie uznał wyniku ostatnich wyborów, nie dał się usunąć z urzędu i w rezultacie obydwa zarządy prowadzą konkurencyjną politykę?

W każdym przypadku gratuluję urzednikom kreatywności.

Takich oznakowań zauważyłem więcej. Jeśli ktoś wie o co chodzi - proszę się podzielić tą wiedzą.

See you!