Tuesday, 19 January 2010

Jak zamarzły polskie media - part 2


Hellou po krótkiej przerwie, jeszcze jestem nie w pełni zorganizowany, ale już coraz lepiej.

Muszę coś napisać, bo polskie media znowu nabrały wody w usta (żeby nie powiedzieć 'lodu w mordę').

Brytyjski The Times i australijski The Australian opublikowały artykuły o tym, jak to WWF i IPCC (to ci goście od mówienia, że mamy przerąbane, bo człowiek powoduje rozgrzanie klimatu do czerwoności) oparły swoje alarmistyczne prognozy na wywiadzie z nieznanym indyjskim naukowcem. Syed Hasnain w 1999 udzielił krótkiego telefonicznego wywiadu dla New Scientist, w którym stwierdził, że do 2035 lodowce w Himalajach na pewno stopnieją. Zostało to ochoczo podchwycone przez alarmistów, którzy umieścili 'news' w swoich raportach, no bo zawsze ochoczo pompują podobne historyjki do mediów, aby wzmóc panikę i chapnąć jeszcze więcej kasy na te swoje pseudobadania.

Tyle tylko, że Syed konfabulował. Nie przeprowadził żadnych badań ani obserwacji, tak mu się tylko wypsnęło. No i teraz alarmiści mają jeszcze większy obciach niż przy 'Climategate'. W Australii i UK aferę ochrzczono 'Glaciergate'.

Ciekawe, kiedy (i czy w ogóle) polskie media się odezwą na ten temat. Ale jakby co, to i tak byłem pierwszy.

Cheers.

Monday, 4 January 2010

Przerwa techniczna...

...do około połowy stycznia, mam nadzieję, że nie dłużej, spowodowana koniecznością.

Proszę cierpliwie poczekać i komentować w tzw. międzyczasie, jeśli chcecie.

See you!

Zapraszamy uprzejmię...

Miało być o kasjerkach.

Idę w Tesco kupić tylko wodę mineralną. Promocja. Woda dobrawa, dobra zresztą, po PLN 1.19. No to kupuję trzy. Podchodzę do kasy z wyliczonym 3.60. Podaję kasjerce.

- Panie, panie, co mi tu pan daje!

I zwraca mi 2 dinary serbskie, które łudząco przypominają złotówke. Cholera, po podróży do Serbii się zaplątała w portfelu. Głupio mi.

- Przepraszam, już daję złotówkę.

I podaję.

- Panie, to kosztuje pięć złotych siedem groszy.

Skołowany daję jej 5 zeta i mówię:

- Ale jak to, woda jest po 1.19 - pytam grzecznie.

- Ja nie wiem, po ile jest woda, mówię co mi kasa pokazuje.

Na pewno była po 1.19, myślę. Dałem jej te piątkę, ale 3.60 zabrałem, bo ciągle myślałem o tej cenie 1.19.

- Panie, jeszcze 7 groszy! - mówi natarczywy głos.

No to się wkurzyłem z deka. Daję jej 10 groszy. Pakuję wody do reklamówki. Pani podaje paragon i nie kwapi się z wydaniem reszty. No to moja kolej na upierdliwość.

- Proszę mi wydać 3 grosze.

- Już, już panu wydaję - natarczywy głos.

Wydaje mi 2 grosze i oznajmia:

- Więcej nie mam.

- Nie, ja chcę moje 3 grosze! - Upieram się.

- No to ma pan pięć! - Jakby mogła, to by mi je w twarz rzuciła.

- Dziękuję!

Biorę paragon i idę z powrotem sprawdzić, woda jest po 1.19. Wracam do kasy i mówię:

- Woda jest po 1.19, proszę mi oddać moje 1.50!

- Niech se pan idzie do obsługi klienta (to na drugim końcu hali), ja tego nie załatwiam.

W końcu po 20 minutach dostaję moje 1.50.

Ręce opadają, nawet jak ktoś nie miał do czynienia z miłą obsługą w sklepach w Australii.

Friday, 1 January 2010

Jaki ten polski jest trudny (popieprzony???)


Zawsze, nawet jeszcze w Polsce, uznawałem się za spryciarza (Australijczycy mawiają 'smart ass'), kiedy w swoich notatkach zamiast 'jeżeli' używałem 'if'. Jak mnie ktoś o to zapytał, to tłumaczyłem, że 'if' jest krótsze o 4 litery i dlatego mogę zaoszczędzić troche czasu, spisując notatki.

Aż do wczoraj, kiedy to w polskiej prasie natrafiłem na tłumaczenie pojęcia 'jetlag'. Brzmiało ono tak:

'zespół symptomów psychofizycznego przemęczenia organizmu z powodu zamian stref czasowych'.

To ci dopiero tłumaczenie! Zamiast 6 liter - 78. A wyraża to samo! Nie dziwne? I czy ktoś jeszcze jest w stanie twierdzić, że język polski jest możliwy do nauczenia się przez obcokrajowca???

Już się nie mogę doczekać, kiedy tę wiadomość sprzedam swoim australijskim kolegom - se na pewno połamią język na próbach powtórzenia tego zwrotu po polsku.

Ale czy nie prościej jest powiedzieć 'jetlag'? Osądźcie sami.

By the way: happy new year! Też jest krótsze od 'szczęśliwego nowego roku!'

Monday, 28 December 2009

Australijska fantazja 2


No myślałem, że po poprzedniej relacji z tańca Australijek na pułapce na krokodyle mnie już nic nie zaskoczy w tej kwestii. Myliłem się.

Oto prasa australijska znowu donosi o podobnych ekscesach - tym razem wg mnie do kwadratu: dwaj faceci wpłynęli do środka pułapki na krokodyle (!), a trzeci wspiął się na jej szczyt i udawał, że surfuje.

Taki czyn w Australii jest zagrożony karą 55,000 dolarów australijskich (140,000 PLN) albo pięciu lat więzienia. A w przypadku pojawienia się krokodyla - utratą życia albo kończyn w najlepszym razie (ale to, jeśli delikwenci mieliby bardzo dużo szczęścia). Pocieszeniem byłaby nagroda Darwina, przyznawana za najbardziej bensensowną śmierć, spowodowaną przez własną głupotę.

No ale taka jest australijska fantazja - nie zna granic.

Thursday, 24 December 2009

Only in Australia - part 2


Ewan Blackwood stracił wszystko oprócz ubrania w czasie pożaru buszu w Port Lincoln w stanie South Australia. Pożar strawił jego dom w wigilię Bożego Narodzenia. Ewan kupił swój dom dwa tygodnie wcześniej. Nawiasem mówiąc, to jego nazwisko można by przetłumaczyć jako 'czarne drzewo' - 'spalone drzewo'?

Pożary w Australii w lecie, czyli w okresie grudzień-luty, to częste zjawisko w południowych stanach Australii.

Ewan, popijając piwo, skomentował ze śmiechem (!!!) spalenie swojego domu: 'Szkoda, że się zawalił. Zostało mi to, co mam na sobie. Ale spaliły się tylko rzeczy materialne. Nikt nie zginął, więc wszystko w porządku, będzie dobrze.'

Historia Ewana - patrz tutaj.

Znacie lepsze przykłady optymizmu?

Skubaniec


No to wracamy do korzeni, czyli do australijskich butów.

Tego gościa nazwałem na własny użytek skubańcem, bo siedział na peronie w Yeerongpilly, 6 km od centrum Brisbane i skubał sobie buty, a właściwie tylną część butów. Wyskubał już trochę, jak widać na fotce.

No cóż, pomyślałem, niektórzy dłubią w nosie, inni skubią buty. Tylko efekty dłubania w nosie są mniej postrzegalne dla postronnych. Powtarzam: efekty, a nie sama czynność dłubania.

Poza butami facet wyglądał normalnie, ubrany schludnie, nie jakiś włóczęga. Ja się nie zdziwiłem zbytnio, bo już jestem przyzwyczajony, ale postanowiłem mu pstryknąć zdjęcie - kolejny rarytas do mojej kolekcji.

Nie skubcie butów, o ile nie jesteście w Australii!

Wednesday, 16 December 2009

Only in Australia


Australia bywa często nazywana przez Australijczyków 'lucky country' - szczęśliwy kraj. Coś w tym jest. Widać to choćby w mediach. W Polsce, przykład, ciężko doszukać się jakiejś pozytywnej wiadomości w dziennikach telewizyjnych (celowo używam tej nomenklatury). W Australii - przeciwnie. Przeciętnie w co drugich wiadomościach wieczornych, czasem i codziennie, można znaleźć jakąś historię z bardzo pozytywnym zakończeniem.

Taką jak ta.

Facet jechał sobie swoim 4WD ('four-wheel-drive' - samochodem z napędem na 4 koła) po autostradzie z Melbourne na wschód. Ta autostrada jest zawsze zatłoczona. Wiem, bo dojeżdżałem nią do pracy. A że w Australii prawie wszyscy przestrzegają przepisów drogowych (jak jest sto na godzinę, to jest sto, a nie sto osiemdziesiąt), to jeździ się tam z użyciem 'cruise control'. To się chyba nazywa po polsku 'tempomat' - urządzonko utrzymuje stałą szybkość samochodu bez konieczności naciskania na pedał gazu. No i to urządzenie mu się zacięło. Nie mógł zwolnić, zatrzymać się, zahamować ani wrzucić biegu na 'neutral'. Nawet próbował wyciągnąć kluczyki i nic. Zupełnie jak w filmie 'Speed'. Wyrażenie 'perpetuum mobile' zyskało nowe znaczenie. Gość zadzwonił na nr alarmowy i powiedział, co jest grane. Policja stanęła na wysokości zadania, co też jest duuużo częstsze niż w Polsce, i pilotowała go po awaryjnym pasie autostrady, udzielając wskazówek, jak zatrzymać samochód. W końcu pas alarmowy się skończył i kierowca musiał zacząć jechać pod prąd!!! W tym momencie kobieta (!) na centrali w policji poradziła mu, żeby kopał w hamulce ile sił i zaciągnął rownocześnie ręczny. Poskutkowało. Gość, pewien, że żegna się z życiem, zamknął oczy. Słyszał tylko wizg opon po asfalcie, który trwał wieczność. Jak otworzył oczy, to jego samochód stał maska w maskę z samochodem stojącym na przeciwległym pasie. Wkrótce potem ambulans zabrał go do szpitala, bo był w stanie szoku.

Cała gonitwa trwała pół godziny!

Na zdjęciach szczęśliwy kierowca i autostrada, po której jechał. Nieszczęśliwy samochód to ford explorer. No fakt, już najstarsi górale mawiali, że 'ford gówno wort'.

Nie kupujcie fordów. Śledźcie australijskie media. Wyjdzie na zdrowie.

See you.

Saturday, 12 December 2009

Farsa pt. 'Earth Hour' (Godzina dla Ziemi)


Ten zwyczaj dotarł też do Polski, więc pewnie wiecie o co chodzi. Raz do roku przeprowadzana jest akcja 'Earth Hour'. Polega to na tym, że o określonej porze w jeden wieczór roku na jedną godzinę powinno się wyłączyć wszystkie urządzenia pobierające prąd. Żeby uratować Ziemię przed globalnym ociepleniem.

No, rzeczywiście to pomaga klimatowi. W tym samym stopniu, co sikanie jednego człowieka do oceanu może podnieść jego poziom. Co mądrzejsi w Australii deklarowali w necie, że w 'Earth Hour' urządzą bitwę klimatyzacji z ogrzewaniem w swoim domu i będą obserwować, jak się kręci licznik energii. Inni urządzali 'Anty Earth Hour Party' i w ten wieczór na imprezie zapalali wszystkie światła oraz spożywali tylko importowane trunki, zapijając wodą Perrier i przegryzając norweskim łososiem (wszystko sprowadzane z drugiego końca świata). Ja ograniczyłem się tylko do zapalenia wszystkich żarówek w domu i na zewnątrz.

W sieci znalazlem ciekawe obliczenia dot. Earth Hour w Izraelu. Otórz ta impreza w 2009 w całym Izraelu przyniosła oszczędność rzędu 65 tys. KWh. A roczna konsumpcja energii przez rezydencję Ala Gore'a wynosi 210 tys. KWh. Trzy razy więcej.

Ktoś inny wyliczył, że świeczki, które trzeba zapalić w czasie Earth Hour, powodują o wiele większe zatrucie środowiska, niż prąd do oświetlenia.

Albo drzewa wycięte, aby wydrukować miliony ulotek, które rozdawano i rozwieszano przed imprezą.

Najlepiej ten absurd podsumowuje załączone zdjęcie: celebrowanie 'Earth Hour' w Korei Północnej. To widocznie państwo modelowe dla organizatorów tego nonsensu.

Gdzie rozum?

Tuesday, 8 December 2009

Rytuał jedzenia wosku


W Australii nie można kupić innych jabłek niż woskowane. Robi się to po to, aby jabłka się nie psuły. No i rzeczywiście się nie psują, tylko co z tego.

Kolega obliczył, że w Australii jedząc jedno jabłko dziennie, w ciągu roku pożera się dwie i pół świeczki o długości 20 cm i średnicy 3 cm (za obliczenia podziękowania dla Tomka).

Dlatego jedzcie jabłka, póki w Polsce niektóre są jeszcze niewoskowane, bo jak przyjdzie ta moda z Zachodu, to będziecie spożywać wosk. A jak jesteście gdziekolwiek, gdzie jabłka są woskowane, to obierajcie je ze skórki!

A propos: czy ktoś mieszkajacy w Europie Zachodniej albo w innym miejscu uznawanym za cywilizowane i bardziej zaawansowane od Polski (to mit, który będziemy obalać później, ale to tylko taka mała dygresja) może się podzielić informacją nt. jakie jabłka są tam dostępne? Dziękuję.