Friday, 13 November 2009

Jak pędzel zderzył się z kosiarą...


Dziś po raz pierwszy (i nie ostatni) bez zdjęcia.


Czyż język polski nie jest piękny? Niedawno na imprezie wychwyciłem lewym uchem następujący strzępek rozmowy: 'no to było wtedy, kiedy pędzel zderzył się z kosiarą'.

Oczyma wyobraźni ujrzałem mój staromodny pędzel do golenia ze szczeciny borsuczej, tyle tylko że monstrualnych dwumetrowych rozmiarów, jak się zderza z kosiarką do trawy, którą miałem wątpliwą przyjemność obsługiwać ze trzy dni wcześniej (spalinowa honda). I pędzel po tym wypadku jest skoszony do co najmniej jednej czwartej wysokości swojej szczeciny.

Ale po chwili zajarzyłem, że chodzi o dwóch piłkarzy o pseudonimach Pędzel oraz Kosiara, którzy mieli bliskie spotkanie w czasie rozgrywki towarzyskiego piłkarskiego sparringu na szczeblu miejskim-żywieckim, lub niższym. Krótko mówiąc, jeden palnął drugiego w łeb, w tułów albo w nogi. Nieważne kto kogo i w co.

Przebywając za granicą często śmiałem się z dowcipów lub bon motów usłyszanych w języku innym niż polski. Jednakże tego nigdy nie da przyrównać do radości z soczystego dowcipu lub porównania w języku ojczystym. Wg mnie zderzenie Pędzla i Kosiary niewątpliwie zalicza się do soczystych porównań - choćby ze względu na dźwięczne pseudonimy. I wierzcie mi, są to pseudonimy, których obcokrajowiec raczej nie wymówi poprawnie, co mnie tym bardziej cieszy.

Ale prawdziwe soczyste porównania to dopiero przeczytacie na tym blogu, później.

Keep reading.

Thursday, 12 November 2009

Ci to se lubią pooglądać


Teraz podróż po Europie. Rumunia. Ciekawy kraj. Dobre jedzenie. Mili ludzie. Nawet we wiochach zabitych dechami zdarzało sie spotkać kogoś mówiącego w miarę przyzwoicie po angielsku albo (częściej) po niemiecku.

Ale te anteny spowodowały u nas napad śmiechu - jedna by chyba wystarczyła. Widocznie sąsiedzi mieli problemy z komunikacją między sobą. Teraz za to nie mają problemów z komunikacją ze światem.

Monday, 9 November 2009

Trampkarze


Hellou, no to powrót na podwórko australijskie, bo tam tyle ciekawych rzeczy...


Tym pracowników biurowym nie mogę przepuścić. Trampkarze. Są żywym dowodem na to, że prawdziwi Australijczycy mają wszystko w czterech literach. Łącznie z tym, w jakich butach ich widzą na ulicy.

W Polsce to jest nie do pomyślenia, aby ktoś poważny szedł do biura w butach, które nie pasują do reszty stroju. Nieważne, czy zima, mróz, czy deszcz. But musi pasować do reszty i koniec. Ba, jeśli teczka albo torebka nie pasuje do marynarki, to w Polsce - obciach. Człowiek po prostu musi jakoś wyglądać.

Nie w Australii. Tam dewizą jest wygoda. Za wszelką cenę. Nie przejmują się takimi drobiazgami jak trampki do garsonki w drodze do biura (patrz zdjecia). To nagminny widok w City. Przy biurku pewnie zmieniają na bardziej pasujące. Choć głowy nie dam.

Trampki do garnituru: OK! Plecak sportowy jako coś do noszenia dokumentów: nie ma sprawy!

Konwenanse są dla sztywniaków!

A może tak lepiej???

Keep in touch.

Saturday, 31 October 2009

Globalne ocieplenie


No to jest temat, po którym mogę się stać niepopularny, żeby nie rzec persona non grata. Ale co mi tam. Jakbym chciał być popularny, to bym pokazał goły tyłek w telewizji. Albo bym zadeklarował na blogu, że jestem tym, no, żebym się nie okazał niepoprawnym politycznie, bo to tera niemodne, no tym... tą częścią od roweru, na której zwykle spoczywa stopa. Ale nie zależy mi na popularności, więc piszę to, co myślę.

Globalne ocieplenie to mieliśmy w środę 21 października Anno Domini 2009. Wtedy zeszły śniegi, które rypnęły 14 i 15 października tegoż roku, około dwa miesiące za wcześnie. Życie zamarło w naszej wsi na dobre. Zero prądu, internetu, telefonów, komórek i dostaw piwa. Kiedy wyszedłem piętnastego rano po chleb, poczułem się tak jak w filmie 'War of the Worlds', kiedy ludzie jeszcze nieświadomi ataku Marsjan wychodzą z domów. Cisza na ulicy. Nic nie jeździ. Śnieg po kolana. Pytania: 'Macie prąd?'. 'Nie'. 'Telefon wam działa?'. 'Nie'. 'Macie coś do zjedzenia, albo choć jakie piwo???'

Panie w sklepie świeciły świeczkami. My też. Dopóki nam się nie skończyły. Bo prądu nie było przez 2 i pół dnia w ogóle, a przez następne 5 dni był na zasadzie Murzyna przechodzącego przez przejście dla pieszych: 'pojawiam się i znikam'. Przy czym 'pojawiam się' trwało od kwadransa do max godziny, a 'znikam' - od czterech do ośmiu godzin.

Nasz samochód też był niezdatny do użytku (patrz zdjęcie).

No, ale w końcu w środę 21-go przyszło globalne ocieplenie i śnieg poszedł w cholerę. Żeby go tak nie było choć do kwietnia przyszłego roku. Co przy ostatnich doniesieniach medialnych z kraju i zagranicy jest całkiem możliwe, bo jako ludzkość emitujemy za dużo CO2 no i w Copenhagen bedo radzić, jak to łukrócić. Dlatego proszę zacząć płytko oddychać! Albo przestać! I nie wydzielać CO2, wodoru i metanu odwrotną stroną! Bo to się źle może skończyć. Najpewniej większymi podatkami.

Cheers!

Friday, 30 October 2009

A teraz coś z zupełnie innej beczki - koszmar listonosza


Ten wpis dedykuję pierwszej oficjalnej fance mojego bloga - Eli z Żywca.

Skoro pierwsza fanka z Żywca, to czas napisać coś o Polsce. Postanowiłem włączyć do bloga również moje szersze spojrzenie na rzeczywistość, nie tylko obserwacje australijskich butów. W poniższym przypadku, i innych niedotyczących bezpośrednio obuwia, tytuł bloga można rozumieć jako alegorię: spojrzenie na sytuację z punktu widzenia kogoś, kto mieszkał też gdzieś poza najjaśniejszą III Rzeczpospolitą.

We wsi Trzebinia koło Żywca zobaczyłem ciekawe oznakowanie jednej z ulic - patrz zdjęcie. I wyobraziłem sobie, rozterkę listonosza stającego przed problemem dostarczenia przesyłki do domu przy owej ulicy. No chyba że jest to jakiś tubylec (tambylec?) blisko emerytury, który zna wszystkich po imieniu...

Im chyba chodziło o to, że od jednej ulicy odchodzą dwie inne, gdzieś tam dalej. A może to są stare i nowe nazwy? Albo nazwy wymyślone przez nowy i stary zarząd gminy - stary pewnie nie uznał wyniku ostatnich wyborów, nie dał się usunąć z urzędu i w rezultacie obydwa zarządy prowadzą konkurencyjną politykę?

W każdym przypadku gratuluję urzednikom kreatywności.

Takich oznakowań zauważyłem więcej. Jeśli ktoś wie o co chodzi - proszę się podzielić tą wiedzą.

See you!


Saturday, 24 October 2009

Buty, których nie można nosić


'Buty, których nie można nosic' to pojęcie nieznane w Australii. Nosi się wszystko: klapki do biura i na plażę, kozaki w lecie do biura i na plażę, ale przede wszystkim - buty, które się jeszcze trzymają kupy. Moja żona zdziwiła się bardzo, kiedy w szkole australijskiej (żona jest między innymi nauczycielką w Australii) podeszła do niej dziewczynka i poprosiła o taśmę klejącą. No to dostała, po czym okleiła sobie rozlatującego się buta, który w Polsce dawno trafiłby na śmietnik, i pobiegła wesoło dalej bawić się na przerwie.

Na potwierdzenie mojej tezy - fotografia resztek buta, na które natknąłem się na stacji kolejowej Brisbane Central. To jest but, którego już nie można nosic, no chyba żeby się go przykleiło klejem superglue do skóry bezpośrednio na pięcie. Co, jak sądzę, niektórym Australijczykom też mogłoby przyjść do głowy.

To be continued...


Saturday, 10 October 2009

Baba Jaga - Tylko dla ludzi o mocnych nerwach!!!


Uprzedzam - to co tu zobaczycie, nie jest przyjemne! Nie oglądać i nie czytać przed lub po lub w czasie posiłku! Osoby wrażliwe: w ogóle nie czytać!

W Brisbane problem grzybicy stóp prawie nie istnieje, no bo przez 11 miesięcy lub przez 11 i pół można chodzić w klapkach. Jeszcze niedawno napisałbym 'problem grzybicy stóp nie istnieje', ale w pociągu zobaczyłem istny horror: kobitkę, która przypominała facjatą i ubiorem bajkową Babę Jagę. A wygląd zagrzybiałych stóp sprawił, że nie mogłem od nich (stóp) oczu oderwać przez całą podróż do domu.

Znacie to uczucie, kiedy coś jest tak szpetne, że nie możecie odwrócić wzroku? Myślałem do tej pory, że widok Sereny i/lub Venus Williams jest najlepszym tego przykładem, ale po spotkaniu z Babą Jagą w pociągu zmieniłem zdanie. Jej stopy były brzydsze niż siostry Williams. Oceńcie sami. Proszę zwócić uwagę na odstęp między paznokciem a dużym palcem prawej nogi - ten odstęp mogę porównać tylko do czeluści pomiędzy podeszwą a butem właściwym pana z odcinka 'Yuppie of Yeronga' (zobacz archiwum). I do dziś, kiedy sobie przypomnę widok stóp Baby Jagi, to mnie otrzepuje z obrzydzenia.

Don't enjoy, but life is (sometimes) brutal!

Sunday, 4 October 2009

Gnojownik


Myślicie pewnie, że praca w City of Brisbane nobilituje. Jak kogo. Kilka dni po japiszonie znowu spotkałem ciekawe indywiduum. Nie mam obsesji na punkcie czystości butów. Chyba, że idę na interview. Ale jeżeli błoto odpada z podeszw, to coś tu nie gra.

Tego delikwenta spotkałem w drodze do pracy. Nie wiem co robił i gdzie chodził, nie wąchałem butów. Ale przypuszczam, że musiał chodzić po oborniku lub kompoście. Butów nawet nie otrzepał. To normalne dla Ozzie. Znajomy mi mówił, że podczas rozmów kwalifikacyjnych, które przeprowadza, Ozzie wyróżniają sie brudnymi albo rozlatującymi się butami. Ludzie z Europy mają czyściutkie buty.

Coś w tym jest. Zachęcam do kliknięcia w zdjęcie. Przyjrzyjcie się też innej przedstawicielce klasy średniej obok - idzie w gumowych klapkach do biura. Cool.

Do usłyszenia.

Saturday, 26 September 2009

Yuppie of Yeronga


No jestem z powrotem - byłem daleko, więc nie pisałem - ale to wynikło z sytuacji, a nie z lenistwa.

Do dzieła: Niektórzy mi nie wierzą, że buty są pietą Achillesa Australijczyków. Po poprzednim poście usłyszałem komentarze typu: 'niemożliwe', 'jaja se robisz', 'to fotomontaż', itp.

Oto dowód nr 3:

W trzy dni po poprzednich bliskich spotkaniach z australijskimi butami jechałem sobie pociągiem z pracy i słuchałem podkastu. Jak to przy podkaście, nie czytałem niczego, żeby się nie rozpraszać. Skoro nie czytałem, to rozglądałem się naokoło.

No i zobaczyłem: naprzeciwko siedział sobie yuppie - fryzura na żelu, koszula ze spinkami, na brodzie modny trzydniowy zarost, no i modne spodnie bez kantki. Spojrzałem starym zwyczajem na buty... i buty zionęły na mnie czeluścią spomiędzy podeszwy a właściwego buta!!! A jak jeszcze yuppie założył nogę na nogę, to nie mogłem się powstrzymać od uśmiechu. Szkoda, że szybko wrócił do zwykłej postury.

Oczywiście pstryknąłem fotkę, uważając jeszcze bardziej niż przy księżniczce z Brisbane, bo teraz to by mnie dopiero za zboczeńca wzięli! Dlatego jakość tradycyjnie nie najlepsza, ale czeluść dalej zieje.

Posta zatytułowałem 'Yuppie of Yeronga', bo dżentelmen wysiadał na stacji Yeronga, która słynie z domów po milion baksów albo droższych. No cóż, może milion dolców też nie obliguje do noszenia w miarę przyzwoitego obuwia.

CDN.

Wednesday, 2 September 2009

Princess of Brisbane

Jechałem sobie kiedyś z pracy, jak zwykle pociągiem. Usiadłem naprzeciwko pięknej kobiety, ładnie opalonej, chyba nie w solarium, bo zima w Brisbane dawno się już skończyła. Tak na oko miała ona na sobie z pół kilo biżuterii w postaci naszyjników, bransoletek i pierścionków. W uszach słuchawki od najnowszego iPoda za około 400 dolców. Ubrana też niczego sobie, biała bluzka z dekoltem i miniówa, nawet nie wymięta. No i ten seksowny tatuaż na lewej stopie! Postępowy: trzy gwiazdki pięcioramienne! Na stópkach skórzane mokasyny z trendy wzorkiem.

Tylko przy zamianie Kopciuszka w królewnę dobra wróżka zapomniała o butach...

To, co widać z przodu, to szmaty wyłażące spod przetartej skóry.

Jakość zdjęcia kiepska, ale musiałem się czaić, coby nie wyjść na zboczeńca.

Enjoy!