Thursday, 30 December 2010

Poradnik: jak się nie dać zjeść rekinowi

O rekinach pisałem już tutaj. Ale dziś najdłuższy (I mean scrolling down) post, jaki kiedykolwiek napisałem: jak oszukać rekina. To bajecznie proste - przestrzegaj dziesięciu poniższych zasad, jak dziesięciu przykazań. Nie robię sobie jaj, to naprawdę działa:

1. Zawsze pływaj z innymi ludźmi. Zwłaszcza jeżeli mogą być uznani za bardziej apetycznych od ciebie.




2. Nie pływaj w mętnej wodzie.




3. Nie pływaj ze zwierzętami domowymi. Szczególnie jeśli potrafią surfować, a ty nie.



4. Unikaj pływania z dala od brzegu, w ujściach rzek lub w kanałach nadmorskich.



5. Nie pływaj o zmierzchu ani w nocy. I nie oglądaj 'Szczęk' w basenie.



6. Atakuj. Spróbuj mu choć wybić oko.



7. Jeżeli ryby wokół ciebie zaczną zachowywać się dziwnie lub zaczną gromadzić się w stada - wyjdź z wody - nie powinieneś tam pływać.





8.Jeżeli zobaczysz rekina, wyjdź z wody po cichu. Nie krzycz.





9. Oddaj mu. Możesz spróbować strzelić go prosto w nos (exceptionally no racist context this time).





10. Zachowaj właściwe proporcje. Więcej ludzi na świecie umiera od ukąszenia pszczoły, niż w szczękach rekina.






No to do następnego.


Tuesday, 21 December 2010

Merry Xmas everyone (Aussie style, naturally)!!!

Sunday, 12 December 2010

Who was so clever to name them like that???



And now for something completely different: a post in English. For two reasons: first - because I can, second - just to check how the language influences the net traffic. I will repost it in Polish in a couple of days.

To the point:

A friend told me how he and his mates flew to South Africa to see soccer World Cup in June this year. They landed in Johannesburg and were to change airlines to fly to Pretoria or somewhere else - never mind. They saw their plane ... and their jaws dropped. The name of the airlines was One Time Airline. They did not know the name beforehand as it was a tour organised by a travel agency. Some of them started thinking of not flying with One Time Airlines, just not to tempt the fate. Finally they flew and there was a business as usual - no problems whatsoever.

But I wonder who was the genius who name them like that?

Your views will be appreciated.

Saturday, 4 December 2010

15 lat bez wolnego weekendu

myspace comments


Właśnie wpadł mi w ręce, zupełnie przypadkiem, kawałek (dosłownie strzęp) polskiej gazety, określanej jako prasa plotkarska. W krótkim artykuliku niejaka pani Ewa Drzyzga chełpiła się, iż przez pierwsze 15 lat swojej kariery dziennikarskiej nie miała żadnego(!) wolnego weekendu. Często spała w biurze na podłodze(!), budziła się o 4:30 rano i w piżamie prowadziła radiowe serwisy informacyjne albo to, co tam jej akurat wypadło. Do dziś wspomina pierwszy wolny weekend, kiedy to mogła się poprzeciągać w łóżku i zaplanować wyprawę do kościoła (z tego fragmenu wnoszę, że pierwszy wolny weekend pani Drzyzgi ograniczył się li tylko do niedzieli).

No cóż, w Australii ten artykuł byłby opatrzony komentarzem: 'Na szczęście nasza rozmówczyni podjęła już leczenie psychiatryczne w zakładzie zamkniętym. Szkoda tylko, że 15 lat za późno'.  W PL-u to powód do dumy, przynajmniej w takim tonie sytuacja została przedstawiona.

Pamiętam, jak niedawno kolega z biura opowiadał o traumatycznych początkach swojej kariery księgowego w Sydney: '...i przysięgam na Boga, że codziennie byłem w biurze przed 8:30, rzadko kiedy kończyłem pracę przed 6 po południu, godzinną przerwę na lunch miałem tylko co drugi dzień i w sobotę do pracy musiałem przyjść przynajmniej raz na trzy miesiące.'

No fakt, w Sydney zdarza się, że ludzie harują jak woły. Ale pani Ewa Drzyzga i tak by się tam zanudziła na śmierć.

Cheers!

Saturday, 27 November 2010

You'd be surprised what I am talking about...

Nic australijskiego, nic polskiego tym razem. Instead: Spanish/Mexico.

Zawsze podziwiałem tego gentelmena z tego powodu, że trzepie w pysk tego, co znieważa kobietę (especially calling her 'bitch'). To tylko w filmie, ale i tak uważam, że trzeba go naśladować.

Kto się dziś odważy postąpić tak samo???


Thursday, 18 November 2010

Koala-pijak


News.com.au właśnie opublikował artykuł o misiu koala, który przyszedł do pubu.

Ale najpierw krótkie wyjaśnienie: koala to naprawdę nie miś, tylko torbacz, podobnie jak kangur.

Do rzeczy: Na wyspie Magnetic Island przy wschodnim wybrzeżu Australii (QLD) podczas ulewy do baru Marlin wszedł koala. Podszedł do barmana. Barman zeznaje: 'Poprosiłem go o dowód osobisty, ale nie miał. Wtedy poczuł się trochę niezadowolony i wspiął się po słupku na drewnianą belkę. Potem położył się na tej belce, spuścił łapki luźno w dół i zasnął.'

Barman wezwał speców od dzikich zwierząt, aby go usunęli z pubu. Pewnie się bał, że jak się pijak obudzi, to zażąda drinka jeszcze raz i niedostawszy go z powodu braku ID, tym razem nakładzie barmanowi po pysku.

Cheers for koalas!

Thursday, 11 November 2010

Zmiana


No, a jak się Wam podoba nowy template, hę? Jakieś pozytywne komentarze od stałych bywalców (mam nadzieję, że takowi są i się odezwą)?

Przy tej okazji powiem Wam, czego m.in. nauczyłem się w Australii: zmiana jest dobra, bo rozwija człowieka. Podróże kształcą. Przeprowadzki (szczególnie te na koniec świata) hartują. Zmiana pracy rozwija. Utrzymywanie status quo to dobry sposób na zgnuśnienie i nudę. Spróbuj czegoś nowego, nawet jeśli początkowo ma to być tylko nowy template na Twoim blogu (od czegoś w końcu trzeba zacząć). Nie pożałujesz. A np. przy zmianie kraju zamieszkania poczujesz niesamowity wiatr w żagle, jak już wszystko się uda.

Angielskie przysłowie mówi: 'A change is as good as a rest' (zmiana jest równie dobra jak odpoczynek).

Podpisuję się pod tym obiema rękami. I niech Was ten post natchnie do zmiany czegoś w życiu.

Sunday, 7 November 2010

Qantas Never Crashes


No muszę to napisać.

Jak wiecie z fimlu 'Rain Man': Qantas never crashes (nie daję linku, wygooglajcie sobie). 

And God bless the Queen and Qantas (to ode mnie - nie żebym specjalnie lubił latać Qantasem, bo serwis nie jest najlepszy, no ale to legenda australijska).

4 listopada 2010 Airbus A380 linii Qantas lot QF32 wystartował z Singapuru i miał zmierzać do Sydney. Ale kilka minut po starcie... eksplodował jeden z 4 silników. Pilot - Richard de Crespigny (na zdjęciu) - zdołał zawrócić, zrzucić nadmiar benzyny i wylądować ostro, ale bezpiecznie w Changi Airport w Singapurze. (Miał pół samolotu niesprawnego i wszyscy mówią, że to cud, że ocalił prawie 400 osób od śmierci, to niby jak miał lądować? Nie ostro?)

Na tym historia mogła by się zakończyć, ale Richard po tej przygodzie chciał wrócić do domu w Australii, więc wsiadł (jako pasażer) w nastepny samolot Qantasu z Singapuru do Sydney, wystartowali i ... silnik samolotu znowu wybuchnął. I samolot znów szczęśliwie zawrócił (tym razem bez pomocy Richarda)  i wylądował z powrotem w Changi Airport. W chwili obecnej Richard czeka na nastepny samolot Qantas, ale ten, raczej nie wątpię, na pewno doleci. W końcu ile razy można mieć pecha.

Ta sytuacja, na zasadzie kontrastu,  przypomniała mi wypadek z PL-u sprzed kilku lat: dwie kobiety wyruszyły w podróż do sąsiedniej wsi i busik miał wypadek - walnął w drzewo, wpadł do rowu, czy coś w tym stylu. Nikt nie zginął, więc te dwie kobiety złapały następną okazję i pojechały dalej. Tyle, że okazja znów walnęła w drzewo i kobiety niestety zginęły na miejscu. R.I.P.

Ale wg mnie to jest metafora: albo się żyje w Lucky Country, gdzie 'sky is the limit' i raczej wszystko się udaje, łącznie z podwójnym lądowaniem uszkodzonymi samolotami, albo się żyje pomiędzy Odrą, Bugiem a Nysą, i się ma pecha. (Albo przynajmniej o tym media donoszą w taki sposób).

A na koniec powiem Wam, że Richard pochodzi z rodziny z tradycjami: jego ojciec wciąż lata małym prywatnym samolotem (sądząc po zdjęciu Richarda, jego ojciec powinien miec z 75-80 lat, a wciąż lata - w Australii to nic dziwnego!). 

Nie bałbym się polecieć z Richardem, a pewnie też z jego ojcem, na pokładzie czegokolwiek co lata.

Thursday, 4 November 2010

Polska nierówna Australii cz. 2. (Uczciwość)

Jak pewnie wiecie, jakiś czas temu Google wprowadziło mechanizm podpowiadania najczęściej szukanych haseł w swoim search engine. Wystarczy wpisać kilka początkowych liter i pojawia się najbardziej poszukiwane słowo lub fraza, która tak właśnie się zaczyna.

Oczywiście wiecie też, że w zależnosci od kraju Google podpowiada swój search engine dla danego obszaru i języka, w Australii jest to google.com.au po angielsku, w PL-u - google.pl po polsku.

Zacznijmy od Google Australia. Po wpisaniu 'how much do i need to spend on...' ('ile muszę wydać na...' albo inaczej 'za ile można kupić...') pojawiają się podpowiedzi: 

a) engagement ring (pierścionek zaręczynowy),

b) food (żywność).

W Google Polska po wstukaniu 'za ile mozna kupic...' pojawiają się dokończenia:

a) maturę,

b) prawo jazdy.

Dodam jeszcze trywialny i często cytowany przykład na różnice (zaczynające się w szkole, żeby nie powiedzieć w kolebce), w podejściu do uczciwości w tych dwóch strefach językowych: w angielskim nie ma słowa 'sciągać' (w sensie 'odpisywać na egzaminie'). Jest tylko 'to cheat' (oszukiwać).

Ci, którzy znajdujecie się w PL-u: radzę zapłakać. Ci, którzy googlacie z innych miejsc na świecie, wiecie co robić.




Saturday, 9 October 2010

Uwaga! Sroka morderca!

W Brisbane i w ogóle w Australii bardzo często można spotkać takie znaki na drzewach, niby słupki graniczne sroczego terytorium: państwo w państwie (coś jak ZUS w PL-u).

Napis głosi (komentarze w nawiasach moje):

'Uwaga! Wkraczasz na terytorium srok. 

Sroki mają gniazda w tej okolicy i mogą w locie nurkowym atakować intruzów. To jest zwykłe zachowanie obronne (!!! - ładne mi zachowanie obronne: idziesz sobie przez park i sroka wali cię dziobem w głowę, aż się krew leje) podczas sezonu lęgowego i może trwać do 6 tygodni.

Aby się ustrzec przed srokami:

- przejdź szybko przez ten obszar - nie biegnij,

- noś kapelusz albo parasol,

- rowerzyści - proszę zejśc z roweru i go prowadzić,

- nigdy celowo nie prowokuj ani nie napastuj srok, bo to powoduje, że bardziej się bronią (czyli bardziej atakują i cholera, zapomnieli dodać: i grozi to śmiercią lub kalectwem).

Sroki na mocy Ustawy o Ochronie Środowiska Naturalnego z 1992 r. są gatunkiem chronionym. W naprawdę niebezpiecznych wypadkach, rząd Queensland lub oficer służb ds. parków przyrody mogą wydać zezwolenie na usunięcie ptaków (i chodzi im o przeniesienie w inne miejsce, a nie egzekucję).

Znak postawiony przez Brisbane City Council (tutejszy urząd miejski) ku pożytkowi społeczeństwa.'

Często nas atakowały, france. Nie tylko nas, naturalnie: zwykłym widokiem są w Australii rowerzyści, którzy na tyle kasku (kaski są obowiązkowe), na potylicy, mają domalowane duże ... oczy. To bierze się stąd, że ponoć ulubionym celem ataku srok są oczy ludzi. A tak to ich dziobią w tył kasku. 

Raz, przy powrocię z wyjazdu weekendowego za miasto, stanęliśmy obok drogi, bo dzieci chciały sikać - nie udało się, trzeba było zwiewać. Ja w czasię lęgowym srok chodzę na spacery ze sporym kijem. I niech się tylko która sroka spróbuje przede mną obronić, to się będę bawił w rycerza Jedi obcinającego kończyny napastnikom...

Saturday, 2 October 2010

Polska gola, Polska gola!

Słyszałem, że polska piłka nożna ostatnio sięgnęła dna. (Piszę 'słyszałem', bo na oglądanie polskich 'futbolistów' nie tracę czasu). Przegrali podobno 3:0 u siebie z Kamerunem - kibice w czasie tego pojedynku wykazali się sporą dozą zdrowego humoru, po trzeciej bramce skandując 'jeszcze jeden, jeszcze jeden!'. Polskę w rankingu FIFA wyprzedziły takie asy jak Mali i Uganda - plasują się na strategicznym 66 miejscu. Albania i Benin depczą po piętach.

No to od tych dziewcząt (sic!) z zespołu szkoły średniej w Wilmington w USA mogliby się śmiało uczyć waleczności i gry do ostatniego gwizdka, a przede wszystkim techniki i skuteczności.

I jeszcze ciekawostka: w USA czy w Australii na piłkę nożną nie mówi się inaczej, tylko 'soccer', jak powiesz 'football', to wszyscy myślą o futbolu amerykańskim lub australijskim (Aussie Rules).

Sunday, 26 September 2010

Jeszcze raz muzyka

Jak już się rozpisałem o muzyce, no to kontynuuję...

Ten kawałek zawsze przyprawiał mnie o palpitację serca. Dedykuję go moim córkom. Nieśmiertelni The Seekers, 'I'll Never Find Another You', prosto z Down Under (sprzed ponad 45 lat):

Friday, 17 September 2010

Now relax...

Kiedyś powiedzialem córkom, że jeżeli będą grały na skrzypcach lub na innych instrumentach strunowych tak jak czterej najgorsi grajkowie na tym kawałku Pachelbela (najlepsza wersja, jaką znalazłem na youtube), to wyłoże każdą kase na ich edukację...
Zdania nie cofam - listen and wonder...


Nie wiem dlaczego, ale wydaje mi sie, ze clip zostal nakrecony w Argentynie. Albo przynajmniej w jakims kraju poludniowoamerykanskim...

Wednesday, 15 September 2010

Bezbutowcy


Tacy też występują, i to nawet często, w australijskiej przyrodzie.

Na zdjęciu przykład jednego, a raczej jednej z nich, bo to była dziewczyna. Pobierała właśnie kasę z bankomatu. Z daleka niczym się nie wyróżniała. Dopiero po zbliżeniu się (no hola, hola, proszę nie brać tego wyrażenia dosłownie!) można było poznać, że ma się do czynienia z przedstawicielką tzw. białej hołoty (tzn. ludźmi o białym kolorze skóry, którzy nie pachną za pięknie, spożywają wszystko, co powoduje chwilowy lub permanentny stan zamroczenia oraz ich dochody kształtują się o wiele poniżej średniej australijskiej albo się w ogóle nie kształtują, ale niektórzy mogą posługiwać się bankomatem, jak nasza bohaterka).

Aby nie być posądzonym o rasizm, gwoli ścisłości muszę przyznać, że na ulicach Brisbane i przedmieść dużo częściej spotyka się przedstawicieli kolorowej i zwłaszcza czarnej hołoty, ale to tylko taka mała dygresja.

No więc wroćmy na krótko do naszej bezbutowej bohaterki: właściwie to nie udało mi się ustalić, czy pod spodniami od dresu o 10 numerów za dużymi były buty, czy nie. Musiałem lecieć do pracy, a 45-sekundowe oględziny nie pozwoliły mi tego ustalić.

Ale stawiam dolary przeciwko orzechom macadamia, że butów nie było z prostych względów oszczędnościowych: no bo po co nosić, jeśli ich i tak nie widać.

Thursday, 26 August 2010

Samochodzik cz. 2


A to zdjęcie ze Stradbroke Island w Queensland, zatytułowane 'Samochodzik, któremu źle z rejestracji patrzy'.

Podobają Wam się 'samochodzikowe' zdjęcia?

Do następnego, cheers!

Saturday, 21 August 2010

Samochodzik


Tym razem odgrzebałem zdjęcie nie z Australii, tylko z Nowej Zelandii.

Tytuł zdjęcia: Samochodzik, który się prosi o dzwona.

Monday, 16 August 2010

Polska nierówna Australii, także w warstwie językowej


O pytaniach moich córek dotycących polskich toalet pisałem tutaj. (Nota bene ostatnio wielkie zdziwienie jednej z nich miało miejsce, kiedy jedna z toalet w PL-u była bezpłatna).


Ale ja nie o toaletach tym razem, ale o zderzeniu dzieci wychowanych w Australii z polską rzeczywistościa.


Moja starsza po krótkim pobycie w PL-u i po zabawach z rówiesnikami (pierwsze lata szkoły podstawowej) przyszła do mnie z pytaniem: tata, a co to znaczy ‘ku*wa’?


Zamurowało mnie, ponieważ ‘r’ w wypowiedzianym słowie nie było wykropkowane, a moje dzieci do niedawna nie wiedziały co to znaczy ‘dupa’ (a jak się dowiedziały od dzieci w polskiej szkole sobotniej w Brisbane, to i tak myślały, że to szczyt chamstwa wypowiedzieć to słowo).


Po namyśle i śledztwie, gdzie i kiedy to słyszała, wygłosiłem krótki wykład na temat tego, jak wyrażają się ludzie niewykształceni, no po prostu z marginesu społeczeństwa. Wtedy z kolei musiałem wytłumaczyć, co to jest margines społeczeństwa. Jakoś się udało, ale po kilku dniach jak bumerangiem wróciło pytanie: tata, a czy wszyscy w Polsce to margines społeczeństwa?


Na to pytanie nie umiałem odpowiedzieć.


Coś w tym jest. W Austalii nie słychać tyle 'rzucania mięsem' przy każdej okazji.

Sunday, 8 August 2010

Powrót do korzeni



Dawno nie było o butach. No to teraz o najpopularniejszym obuwiu w Australii. Gumowe klapki. W miejscowym narzeczu: thongs (nie mylić z majtkami, co to się wrzynają).


Podstawowe całoroczne obuwie 90% Australijczyków, szczególnie na północ od Sydney. Noszą je wszyscy (mężczyźni, kobiety, dzieci, nastolatki) i to dosłownie wszędzie. Dziewczyny w moim biurze jak miały czas, to je zmieniały na jakieś normalne buty. Ale czasem cały dzień siedziały za biurkiem w klapkach, albo na bosaka – normalka!


Podstawową zaletą klapków jest cena. Waha się od 2-3 dolarów na wyprzedaży w K-mart (to taka większa Biedronka) do około 15-20 dolarów w bardziej ekskluzywnych sklepach, jak David Jones lub Myer (równowartość 2 piw w pubie w City). Wtedy z reguły klapki mają różne napisy, takie jak ‘Aussie Rulez’ albo ‘Billabong’. A w chińskich sklepach napis na klapkach głosi ‘Versace’ albo ‘Dolce&Gabbana’ i obuwie też jest za grosze.


Aha, no i są przewiewne – grzybica się Ozich raczej nie ima (raczej, bo o wyjątkach już pisałem tutaj). Zima, przynajmniej w Brisbane, nie sprawia żadnej różnicy – klapki są całoroczne!!!


Jedyne co mi nie pozwala nosić klapków, to niemiłe uczucie czegoś pomiędzy palcami. Dlatego noszę zwykle takie skórzane klapko-sandały bez paska na piętę i bez przedziałki pomiędzy największym palcem i sąsiednim. No ale to już mercedes wśród klapków – kosztują od około 50 dolców wzwyż. Takie klapki noszą tylko bardzo bogaci Australijczycy lub emigranci z Europy. Choć pewnie i tak wychodzi na jedno, bo na dłuższą metę trwałość klapko-sandałów ze skóry znacznie przewyższa trwałość tych gumowych.

Powiedz mi jakie nosisz klapki, a powiem ci kim jesteś!

Saturday, 24 July 2010

Gwiazdka w więzieniu


Z reguły nie zajmuję się podobną szmirą, ale tu jest jeden fakt godny odnotowania.

Lindsay Lohan, amerykańska milionerka, gwiazdka filmowa (lub raczej meteorek - zagrala w kilku kiepskich, ale kasowych komediach i potem zaczęła się bawić w szokowanie publiki swoim imprezowaniem i zmienianiem kochanków w kochanki) wylądowała w więzieniu. Za prowadzenie samochodu po pijaku. Na trzy miesiące. Nikogo nie zabiła ani potrąciła. Tylko złapali ją dwa razy. To ta po lewej, razem ze swoją adwokat w momencie ogłaszania wyroku.

Jak to? Aktorka-milionerka i w więzieniu? Tylko za jazdę pod wpływem? Jak to możliwe, zapytacie.

No, w tej zgniłej Ameryce to jeszcze jest możliwe. W PL-u po powtórnym złapaniu w czasie jazdy na gazie gliniarze co najwyżej poprosiliby ją o autograf. Ale w Stanach - 'dura lex sed lex'. Kasa ani znajomości, a tym bardziej bycie politykiem lub jego synem, nie pomogą! Nawet obamamaniacy nie zdołali tego zmienić (jeszcze).

Saturday, 17 July 2010

WTF?


Nie odzywałem się tak długo, bo mam tyle teraz spraw na głowie! Niektóre z nich to: sałatka grecka, moussaka, tzatziki, mythos, souvlaki, leżenie na plaży, żaglówki, snorkeling, itp.

Ale muszę to napisać natychmiast, bo przed chwilą nastąpiło coś, co mnie zdziwiło jak rzadko.

Odczuliśmy właśnie trzęsienie ziemi. Na szczęście malutkie, ale łatwo zauważalne - 5.1 w skali Richtera. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, bo to na wyspach greckich dość częste zjawisko. Wstrząs trwał około 5 sekund - lampa się zakołysała, szklanki w kuchni zaczęły dzwonić, usłyszałem odgłos trzęsienia taki, że ciary przeszły po plecach. Wyszedłem na balkon, aby zobaczyć jak reagują ludziska.

W pubie, usadowionym nad brzegiem zatoczki poniżej naszego pokoju, właśnie leciał kawałek Carole King "I Feel The Earth Move Under My Feet' ('Czuję, jak ziemia porusza się pod moimi stopami').

Jeszcze większe ciarki mi przeszły po plecach...

Wednesday, 16 June 2010

Toalety w Australii


To zdjęcie toalety publicznej w Brisbane. Bezpłatnej. Wszystkie są bezpłatne. Z reguły wyposażone w papier toaletowy, zazwyczaj mydło i ręczniki papierowe. Ubikacje występują często, nawet w 'pięknych okolicznościach przyrody', tj. na szlakach wędrówkowych, w górach i w poblżu plaż. Brudną toaletę spotyka się rzadko. Nawet na pustkowiu jest bieżąca woda (z tanku). Większość przystosowana dla niepełnosprawnych.

W czasie wizyty w Polsce miewam trudności z odpowiadaniem na pytania moich córek: 'Tata, a dlaczego w Polsce za toalety trzeba płacić???'

Od siebie dodam: o ile można ją znaleźć.

Macie jakieś sugestie, jak najlepiej odpowiedzieć na to pytanie?

Sunday, 6 June 2010

Najlepsze zawody w Polsce

Ostatnio wbiłem do google.pl haslo 'najlepiej platne branze w polsce' i na szóstym miejscu otrzymałem link do artykułu z wp.pl:

Komu i gdzie żyje się w Polsce najlepiej? - Strona 6 - Praca - WP.PL

11 Mar 2010 ... szanse na dostanie pracy w dobrze płatnych branżach mają głównie absolwenci ... Okazuje się, bowiem, że do branż, które najchętniej zatrudniały w 2009 roku ... W POLSCE NAJLEPIEJ ŻYJA KSIĘŻA, POLITYCY I ZŁODZIEJE ! ...
praca.wp.pl/kat,1013819,title,Komu-i-gdzie-zyje-sie-w-Polsce-najlepiej,wid,12064404,wiadomosc.html?... -
Kopia


Nic tylko wszyscy powinni walić do macierzy jak w dym, z zamiarem zostania księdzem, politykiem lub złodziejem. Fakt, kilka lat temu od gościa, który właśnie nie wygrał wyborów (już nie pamiętam na jakim szczeblu) usłyszałem: 'No, teraz mi się nie udało, ale jak się tam dostanę za 4 lata, to się k@*#a odkuję!'

Thursday, 3 June 2010

Daniel w jaskini lwów

Nie z australijskiego podwórka (znowu, sorry) i klip raczej dla operujących angielskim. Ale postaram się wyjaśnić pokrótce, o co chodzi. I obiecuję, że to ostatni post tego typu, przynajmniej na jakiś czas (no chyba, że nie będę mógł się powstrzymać).

Pewnie wiecie, że 31 maja 2010 przy próbie skontrolowania tureckiego statku, płynącego do strefy Gazy z pomocą humanitarną, żołnierze izraelscy w odpowiedzi na atak pasażerów okrętu, zmuszeni byli użyć broni palnej, co pozbawiło życia dziewięciu napastników.

No i zaczęło się: muzułmanie i zjednoczeni z nimi wszelkiej maści lewacy podjęli protesty w wielu miastach świata, twierdząc, że mordercy powinni być ukarani. Jednym z takich miast było Los Angeles. Gwałtowny protest propalestyńskich aktywistów i muzułmanów krzyczących 'Allahu akbar' ('Allah jest wielki', tłumaczenie słowa 'akbar' mam nadzieję znacie też z tego posta) został zakłócony przez osamotnionego Żyda powiewającego flagą Izraela przed nosem wrogiego tłumu i, mimo gróźb, niewzruszenie kontynuującego swoje poparcie dla Izraela. Na jego szczęście była tam policja. Dlatego nie został zlinczowany.

Śmiały Żyd ma 16 lat. Tyle ile Jessica. Pooglądajcie klipa z YouTube poniżej (do przynajmniej końca piątej minuty) i zadajcie sobie pytanie: czy zdobylibyście się na podobny wyczyn co ten chłopak? Dla niezorientowanych w kwestiach żydowskich dodam, że ten wyczyn był podobny do wejścia z flagą Cracovii w tłum kibiców Wisły, tudzież w koszulce Ruchu Chorzów na stadion Zagłębia Sosnowiec, czyli krótko mówiąc po biblijnemu: do wejścia Daniela do jaskini z lwami.

Wednesday, 2 June 2010

Uduś swoje dziecko!


To post, który nawiązuje do wcześniejszego Australijczyk potrafi też i to. Niektórzy ludzie w Australii są tak głupi, że mogą zaryzykować życie swojego dziecka w imię czego? Nie bardzo wiem, czego. Znowu mediów? No idea.

Ale upiekło im się tym razem. Czterometrowy pyton nie udusił 4-miesięcznej dziewczynki, którą rodzice ustawili do zdjęcia w sposób jak obok - pewnie był najedzony.

Lily (to imię dziewczynki na zdjęciu) będzie miała pamiątkę na całe życie - i jednocześnie pomnik głupoty rodziców.

Sunday, 30 May 2010

Polityka

Dziś o polityce w Australii, która bardzo różni się od tej w PL. Wiadomo, wszędzie jest to bagno, ale w Oz jest to przynajmniej wesołe bagno.

Obradami australijskiego parlamentu zacząłem się żywo interesować od kiedy, bodajże w 2006, usłyszałem przypadkiem w radio ówczesnego skarbnika Petera Costello (to funkcja wyższa niż minister finansów), jak robi sobie jaja z Petera Garretta (Garrett był kiedyś wokalistą Midnight Oil, którą to kapelę lubiłem do momentu kiedy zrozumiałem, o czym oni śpiewają. Teraz (2010) Garrett jest, pożal się Boże, ministrem ochrony środowiska, dziedzictwa kulturowego i sztuki).

Mr Costello przeczytał w parlamencie fragment tekstu przeboju 'Beds Are Burning' wykonywanego przez Garretta, a który był piosenką postulującą oddanie Aborygenom wszystkiego, co im rzekomo odebrali biali, a przypadkiem jak w pysk strzelił pasował do przekrętu Partii Pracy, do której teraz należy Garrett (w świecie zachodnim większość szarpidrutów ma lewicowe inklinacje). Ale w jakim stylu Costello to zrobił! Zobaczcie sami, najlepiej do końca (video przeznaczone w zasadzie dla osób znających angielski, a jak ktoś nie zna to poproszę o pytania, wtedy chętnie wytłumacze/przetłumaczę). Wszyscy ryczeli ze śmiechu. Chodziło o 42 miliony dolarów, które Partia Pracy wyprowadziła z kasy państwa przez płacenie zawyżonego czynszu swoim poplecznikom.

Costello rocks! Szkoda, że zakończył karierę. O polityce australijskiej jeszcze będzie.




Friday, 28 May 2010

Australijczyk potrafi też i to


Czyli jak zrobić sobie kuku na własne życzenie.

Uwagę mediów w Australii, ale też w Wielkiej Brytanii, przykuł idiotyczny wyczyn 21-letniego Australijczyka z Sydney, który zjadł żywego ślimaka (takiego jak na zdjęciu - bez skorupy), aby się popisać i dostać się jakoś do mediów. No i się dostał. Przy okazji dostał się też na intensywną terapię. Nabawił się bowiem rzadkiej odmiany zapalenia opon mózgowych, zwanej szczurzym zarobaczeniem płuc (rat lungworm), którą to chorobę przenoszą robale znajdują się w płucach szczurów. Szczury wydalają pasożyty, a szczurze odchody są często zjadane przez ślimaki. Robak występuje w Azji, Australii i Oceanii. Choroba zwykle powoduje obrzęk płuc i rdzenia kręgowego i często prowadzi do śmierci. Gość walczy teraz o życie.

Gdyby mu się nie udało, to chyba trzeba zaproponować jego kandydaturę do nagrody Darwina.

Monday, 24 May 2010

Welcome to Asia


Teraz nieco o sąsiedztwie Australii.

Jeśli wybieracie się do Azji, a jesteście wrażliwi brud, smród i ubóstwo, to odradzam.

To zdjęcie zrobione w jednym z lepszych centrów handlowych w Kuala Lumpur. Myślę, że ktoś wrażliwy na punkcie czystości nie byłby tam szczęsliwy. Kawałek plastiku, który trzymam w ręce ma wielkość karty kredytowej.

Od klasy hotelu należy odjąć jedną gwiazdkę, tzn. 5 gwiazdek tam = 4 gwiazdki w Europie.

Wszędzie napotkać można olbrzymie kontrasty: w odrapanej uliczce - tak straszliwy odór, że nie wiadomo, co tak bardzo może śmierdzieć. Wychodzisz za róg i w centrum handlowym na wystawie widzisz rząd dziesięciu zegarków na rękę w cenie od 50 tys. do ponad 100 tys. ringittów (1 ringitt = 1 PLN). Pewnie jakieś ręczne wyroby szwajcarskie (tak myślę, bo nie rozpoznałem żadnej marki, no ale fakt - nigdy nie interesowałem się zegarkami na rękę w cenach nieprzyzwoitych, bo uważam to za marnowanie kasy). No i ktoś to chyba kupuje, inaczej nie byłoby na wystawie 10 zegarków.

Jeśli chodzi o inne rzeczy, to wcale nie jest tak tanio, jakby się mogło zdawać. Trzeba się rozglądnąć, aby coś kupić dobrze. Mój Dell kosztował ociupinę więcej niż w Australii. W głównych centrach handlowych w Kuala Lumpur ceny są wyższe niż Down Under. Trzeba się rozglądnąć, żeby kupić ciuch taniej, np. na wyprzedaży. My nastawiliśmy się na wypełnienie pustawych walizek, i się nie udało.

Taksówkarze to osobna historia, W zasadzie nie jest drogo przenosić się tym sposobem z miejsca na miejsce, ale trzeba uważać, bo za dokładnie taki sam kurs na odległość około 10 km można zapłacić 7 albo... 30 ringittów, zależy od kierowcy. I w naciąganiu turystów celują Hindusi (w zasadzie należy założyć, że zawsze chcą cię niemiłosiernie orżnąć), Malaje - zależy, najuczciwsi są Chińczycy, przynajmniej ci, których my spotkaliśmy.

Wszędzie niemiłosierny tłok, ludzie depczą po tobie i sobie nawzajem, im to jakoś nie przeszkadza, ale widocznie są przyzwyczajeni.

Ale mogę powiedzieć, że warto to zobaczyć, o ile ktoś nie ma zbyt wrażliwego żołądka.

Thursday, 20 May 2010

Australijczyk (-ijka) potrafi


Jessica Watson właśnie wróciła do Sydney po 210-dniowej samotnej podróży żaglówką dookoła świata. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, ale dziewczyn(k)a ma ... 16 lat.

Po powrocie stwierdziła coś, co w moich oczach było ukoronowaniem jej podróży, najlepszym jakie sobie można wymarzyć. Było tak:

Najpierw powitali ją przy Opera House, wiwaty i bla, bla, bla - przemówienia organizatorów i polityków. Obecny premier Australii Kevin Rudd nie zmarnuje żadnej okazji, aby pokazać swego ryja w TV (no to już wiecie, na kogo głosowałem, a ryj występuje też w artykule, do którego link tutaj). Był też i przy powitaniu młodej żeglarki. W swojej przemowie okrzyknął Jessikę 'najnowszym bohaterem Australii'. Na co przytomna dziewczyna odpowiedziała: 'Nie zgadzam się z premierem - nie jestem, żadnym bohaterem, jestem zwykłą dziewczyną. Nie trzeba być kimś szczególnym, aby osiągnąć wielkie rzeczy. Musisz tylko mieć swoje marzenia, wierzyć w nie i pracować ciężko'.

Nie wiem, czy więcej można powiedzieć w tak krótkim stwierdzeniu.

Saturday, 15 May 2010

Zapraszamy uprzejmię - part 2


Hellou, witojcie piknie po przerwie.

Znowu nie mogę się powstrzymać od opowiastki o polskich kasjerkach z Tesco. Historia z błędną ceną i niewydawaniem 3 groszy tutaj, a teraz opowiastka pt. 'Jak zmieszać klienta z błotem'.

Stoję w kolejce do kasy, w której płaci się za mocne trunki. Jeśli nie wiecie, to w Tesco w tej kasie zwykle można też zapłacić za resztę zakupów, o ile to nie jest coś, co trzeba zważyć. Zwykle. Ale nie tym razem, bo pani miała chyba słaby dzień, może ja komar ugryzł, albo co.

Jestem trzeci. Gość przy kasie podjechał właśnie wózkiem, wyłożył butelkę wódki i zaczyna wykładać resztę towaru.

- Panie, co mi tu pan wykłada, ja tu kasuję tylko wódkę!

- Ale...

- Żadne ale, inne rzeczy niech se pan skasuje na głównej kasie, tu są alkohole.

Ja gryzę wargi ze śmiechu, pani kasjerka marszy brwi, a gość potulnie pakuje wszystko z powrotem, płaci za wódkę i oddala się, aby postać sobie drugi raz w kolejce do głównej kasy. Za nim następny pacjent, widząc bojowy nastrój pani na kasie, pyta nieśmiało:

- Proszę pani, ja mam tylko dwie wody oprócz wódki, czy skasuje mi je pani?

Pani (niechętnie):

- No dobra, dawaj pan, dwie wody to mogę skasować.

Ja się już prawie krztuszę, co by nie parsknąć smiechem, a tu jeszcze słyszę, jak para stojąca za mną krytycznie ocenia swoją sytuację:

- Ty, my chyba mamy za dużo w koszyku... - mówi żona do męża.

Sytuacja tak mnie rozbawiła, że nie upomniałem się tym razem o wydanie jednego grosza, którego naturalnie nie dostałem. Zresztą, jeślibym się upomniał, to ryzykowałbym chyba, że zaliczę jaką butelką w łeb, albo co najmniej mokrą ścierą.

Ale odbiłem sobie tego grosza za chwilę na głównej kasie - powiedziałem, że pani na alkoholach mi go właśnie nie wydała.

Thursday, 29 April 2010

Następna przerwa techniczna

... która już trwa jakiś czas, jeśli zdążyliście zauważyć. Za jakąś chwilę wrócę do co najmniej tygodniowych komentarzy, mam nadzieję, szczególnie, że materiału na bloga zebrałem w tzw. międzyczasie całkiem sporo. Cheers!

Saturday, 10 April 2010

Australijscy bandyci


Anthony Prince i Luke Caroll, dziewiętnastolatkowie z Byron Bay (ładne nadmorskie miasteczko 170 km na południe od Brisbane) w 2005 byli w Vail, Colorado w USA. Przebywali tam na dłuższych wakacjach i pracowali, żeby zarobić na utrzymanie i coś więcej.

Ale widocznie nie zarabiali za dużo, bo postanowili okraść bank. I zrobili to w iście australijskim stylu. Zostawili tyle śladów, że policja z Vail zidentyfikowała ich 8 minut po napadzie i złapała na drugi dzień. Ale po kolei.

Po pierwsze byli stałymi klientami banku, który okradli. W czasie napadu nie starali się ukryć swojego australijskiego akcentu i poznali ich kasjerzy. Ponadto Anthony i Luke nosili wtedy plakietki ze swoimi imionami(!). Wkrótce po akcji kupili Rolexa w pobliskim sklepie, płacąc pięciodolarowymi banknotami. Następnie usiłowali kupić bilety lotnicze do Meksyku w jedną stronę i zaproponowali płatność gotówką. A potem przeszli samych siebie: dali taksówkarzowi napiwek w wysokości 20 tysięcy dolarów!

Przed samym zatrzymaniem na lotnisku zorientowali się, że mają za dużo kasy i mogliby podpaść celnikom (widocznie u bandytów górę wzięła zwykła australijska uczciwość: jeśli jest przepis, że nie wolno, to nie wolno, nawet jeśli wcześniej się obrobiło bank). Więc zdecydowali się wyrzucić nadmiar gotówki, której na początku było 132 tys. USD. Ale przedtem zrobili sobie zdjęcia z wachlarzami banknotów (powyżej), co stało się koronnym dowodem w procesie śmiałków.

Media ochrzciły ich 'Dumb and Dumber' - 'głupi i głupszy'. Niedawno wyszli z ciupy i powrócili do Australii. Tym razem pewno nie mieli problemu z nadmiarem gotówki.

Thursday, 25 March 2010

Jak na zakupy, to do Australii



...albo gdziekolwiek indziej, byle nie do Polski.

Właśnie dokonalem zakupu laptopa od Della. Wiedziony ciekawością, postanowiłem sprawdzić ile takie cacko kosztuje w PL. Wlazłem na polską stronę Della, skonfigurowałem laptopa w identyczny sposób i oto rezulat:

W Australii mój laptop kosztuje $1,023, co po dzisiejszym kursie złotego 2.6497 daje nam 2,712 złotych. W Polsce za DOKŁADNIE taki sam laptop trzeba wybulić ... $4,447 złotych! 64% drożej!

Dodam, że średnia płaca w Australii wynosi $64,906 rocznie (trzeci kwartał 2009), co stanowi równowartość 171,981 złotych, czyli 14,332 złotych miesięcznie brutto. A netto wychodzi to 11,357 złotych miesięcznie. Za średnią miesięczną pensję netto w Australii można kupić ponad 4 moje laptopy. W PL - miesięczna płaca średnia brutto w I kwartale 2009 (akurat te dane mi wpadły w ręce) wynosi 3,185.61 złotych (to dane z artykułu o entuzjastycznym tytule 'Zarobki rosną'). 2,288 złotych na rękę. Pół laptopa.

Morał jest taki, że jak chcecie kupić komputer, to zapraszam do Australii - różnica w cenie laptopa pokryje wam przelot w jedną stronę.